Polityka, aktualności, sprawy bieżące z innych dziedzin
RSS
sobota, 24 lutego 2007
Zawieszenie bloga

Zawieszenie

Jak zapewne niektórzy (choćby pobieżnie) czytający deco10.blox.pl  zauważyli, od kilku tygodni nie pojawiają się tutaj żadne nowe wpisy. Jest to spowodowane tym, że kilka dni temu podjąłem decyzję o zawieszeniu działalności bloga. Głównym, jeżeli nie jedynym powodem tejże decyzji, jest brak wystarczającej ilości czasu do umieszczania tutaj swoich wpisów tudzież przelewania swych myśli na papier (ściślej: robienia tego poprzez kliknięcia w klawiaturę). Być może powrócę wraz ze swoimi „wypocinami"  za kilka miesięcy (może czerwiec?). We will see.

Tymczasem dziękuję wszystkim, którzy choćby jednym okiem (pobłażliwie?) zerkali na to, co miałem do powiedzenia (napisania). Zawsze perorowałem w antysalonym wszakże stylu, że blog ten jest pisany przez osobę nie uważającą się za Alfę i Omegę zarówno w dziedzinie dziennikarstwa, jak i polityki. Pozdrawiam serdecznie.

Post scriptum: zapraszam na Salon24.

Wyniki ostatniej sondy:


 Czy minister sportu podjął słuszną decyzję?

Tak 90.91%  90.91% (30)
Nie 3.03%  3.03% (1)
Trudno powiedzieć 6.06%  6.06% (2)
 
Łącznie głosów: 33

17:07, deco101
Link Komentarze (4) »
niedziela, 28 stycznia 2007
Matura z WOSu

Attention please

Attention please. Rozwiązując ostatnie zadanie z matury z Wiedzy o Społeczeństwie z maja roku 2006, natknąłem się na zadanie number 25, którego to treść brzmi następująco: „Napisz list otwarty do redakcji, w którym przedstawisz i uzasadnisz swoje stanowisko w sprawie toczącej się dyskusji na temat zaostrzenia kar jako sposobu walki z przestępczością. W liście zwróć uwagę na aspekty prawne, polityczne, społeczne i ekonomiczne. Wykorzystaj materiały źródłowe (co najmniej trzy), w które zostały zamieszczone w teście".

Nie, nie, nie. Nie mam wcale zamiaru krytykować treści sformułowanego zadania. Wręcz przeciwnie. W związku z tym, że temat ten tak jakby nieco związany był z tematyką polityczno-społeczną, postanowiłem umieścić na tymże blogu treść mojego listu (vulgo: zadania number 25). Co nie wynika, oczywiście, z mojego narcyzmu, megalomanii tudzież egotyzmu... Kto chce, niech przeczyta. Oto ów list:

 

Szanowna redakcjo,

W związku z toczącą się w środkach masowego przekazu dyskusją na temat zaostrzenia kar jako sposobu walki z przestępczością, postanowiłem zabrać głos w tej kwestii. Jest to bowiem bardzo poważny problem nie tylko dla współczesnej Polski (choć dla niej w moim mniemaniu szczególnie), ale także dla całego świata.

Uważam, że zaostrzenie kar dla największych zbrodniarzy może uchronić społeczeństwo przed groźbą ponownego popełnienia nagannego (zabronionego) czynu przez osobę, która raz już tego dokonała, ergo: przed recydywą. Społeczeństwo dzięki temu będzie mogło czuć się bezpieczniej i pewniej, ludzie z kolei nie będą musieli się obawiać, że przestępcy po kilku latach wyjdą z więzienia (biorąc pod uwagę działania polskiego wymiaru sprawiedliwości i stosunkowo niskie kary dla sprawców nawet najcięższych zbrodni), powtarzając dokładnie wszystko to, co robili oni wcześniej (aspekt społeczny). Wielu lewicowych intelektualistów i osób o analogicznych do nich poglądach uważa, że nawet największemu przestępcy potrzebna jest (należy się) resocjalizacja, nie zaś często dozgonna infamia i odsiadka w więzieniu. Wiele jednak mieliśmy już jednak przypadków, świadczących o tym, iż ludzie popełniający raz przestępstwo, mają mimowolne skłonności po powtórnego karygodnego zachowania (często w stosunku do tych samych osób). Resocjalizacja daje więc im asumpt do powtórnego przestępstwa. Cóż bowiem powiedziałby sąd wydający wyrok (tudzież człowiek popierająca tę decyzję) o wypuszczeniu osoby o, mówiąc oględnie, bardzo marnej reputacji, która zamordowała kilku ludzi, a następnie po odsiedzeniu wyroku (lub zawieszeniu sprawy) pozbawiłaby ona życia dalsze osoby, rodzinie ofiar tej recydywy? Ile jeszcze musi być takich przypadków, aby tacy ludzie przejrzeli na oczy? To już nie są incydenty, to jest najzupełniej oczywista reguła. Przestępcy mają bowiem kodeks moralny, aspekty etyczne, przejrzystość duchową i elementarne zasady przyzwoitości i uczciwości głęboko w nosie i nie zmieni się to pod wpływem jakiejś resocjalizacji czy super-kompetentnych psychologów.

Powtarzam więc, iż mimo tego, że nie ma dowodów na zmniejszenie liczby przestępstw poprzez zaostrzenie kar, społeczeństwo ma prawo czuć się we własnym kraju (okolicy, podwórku etc.) po prostu bezpieczne i mieć poczucie, że osoby niegodne i nieprzystosowane do obcowania z normalnymi ludźmi, a także niebezpieczne dla otoczenia nie przebywają na wolności. O to tutaj bowiem przede wszystkim chodzi. Jestem też pewien o to, że wprowadzenie kary śmierci spowodowałoby większą, mówiąc delikatnie, wstrzemięźliwość w czynach wszelakich groźnych przestępców i sprawiłoby, że zanim popełniliby czyn zabroniony najpierw kilkakrotnie zastanowiliby się nad tym, czy ma to sens biorąc pod uwagę karę jaka ich czeka. Ponadto dane Komendy Głównej Policji jednoznacznie wkazują na to, że np. udział w bójce lub pobiciu, uszkodzenia ciała czy kradzieże stale rosną, a liczba zabójstw, mimo że się stopniowo zmniejsza, nadal pozostaje na dość wysokim poziomie. Często spotykamy się ze stwierdzeniami, że koszty utrzymania więźnia są bardzo duże, przynosi to szkody dla gospodarki (aspekt ekonomiczny) etc. Warto sobie jednak odpowiedzieć na pytanie, czy jest potrzeba poświęcenia odpowiednich sum na walkę z przestępczością (aspekt polityczny) i czuć się wówczas bezpiecznie we własnej ojczyźnie, czy też lepiej wypuszczać bandytów na wolność alias stosować w stosunku do nich resocjalizację (na przykład w kościele) tylko dlatego, że ich koszty utrzymania są zbyt poważne? Osobiście zdecydowanie wolę to pierwsze rozwiązanie. Popieram także działania antypreferencyjne i antyselektywne, ergo: karanie adekwatne do czynu zarówno w stosunku do zwykłych przestępców czy hochsztaplerów, jaki i w stosunku do sprawców najcięższych zbrodni (tyczy to się głównie tych drugich, choć zarówno jedni, jak i drudzy są karani w moim odczuciu zbyt łagodnie). Symetria to bowiem estetyka głupców. Jeśli zaś chodzi o aspekt prawny, to nie wydaje mi się, żeby zaostrzenie kar było trudne do zrealizowania (zastosowania), jeśli chodzi o kwestię prawną. Zdecydowanie trudniej byłoby zaś przeprowadzić karę śmierci, gdyż Polska jako członek Unii Europejskiej nie ma prawa wprowadzić kary śmierci wedle Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności dotyczących zniesienia kary śmierci.

Na koniec pragnę zauważyć, że osoby które odnoszą się do zaostrzenia kar tudzież do kary śmierci wspominają często o towarzyszącej temu wszystkiemu rzekomej zemście. Pominę już konstatację, że ani krzty w tym prawdy nie ma i nie o to tutaj chodzi. W każdym razie zapominają one o jednej bardzo istotnej sprawie: mianowicie o tym, że zemsta jest przywróceniem naruszonego porządku.

Z poważaniem,

stały czytelnik"

 

23:23, deco101
Link Komentarze (3) »
Waldemar Łysiak odpowiedział „GW”

Gazeta Polska

Jakiś czas temu, „chory z nienawiści"  Waldemar Łysiak odpowiedział na łamach „Gazety Polskiej"  na pełen aberracyjnych kalumni, oszczerstw, kłamstw i niedomówień „artykuł"  poświęcony jego osobie autorstwa redaktora Czuchnowskiego z „Ministerstwa Prawdy"  pt. „Waldemar Łysiak, czyli baron Münchhausen IV RP". W związku z tym, że nie miałem ochoty przepisywać całego tekstu („polemiki") w momencie mego pierwszego kontaktu z nim w „GP", postanowiłem poczekać, aż zostanie ów długi wywód opublikowany w internecie. Tak też się niebawem stało. Odpowiedź „Wilka"  w jakimś sensie pokrywała się z moją próbą „polemiki"  z artykułem w gazecie dla ludzi rozumnych, światłych etc. Tekst jest jednak dużo bardziej precyzyjny, wnikliwy i dogłębny od mojego wpisu (swoiste „detaliczne rozliczenie"). Zresztą, zobaczcie sami (jeżeli jeszcze nie mieliście okazji zapoznania się z owym tekstem alias esejem):

http://www.lysiak.chrzanik.com/index.php?module=subjects&func=viewpage&pageid=227

lub

http://www.gazetapolska.pl/?module=messages&message_id=138

Polecam również bardzo ciekawy wpis apropo nasalonie24": http://trojmiejskaosskaa.salon24.pl/3340,index.html

19:49, deco101
Link Komentarze (7) »
wtorek, 23 stycznia 2007
Sonda nr 3: Czy minister sportu podjął słuszną decyzję?

Sonda minister sportu, Tomasz Lipiec

Zakończyło się głosowanie w sondzie, w której mieliście odpowiedzieć na pytanie, jak Waszym zdaniem zakończy się tzw. seksafera" w Samoobronie. Oto jak przedstawiają się wyniki: 

Jak zakończy się "Seksafera"?

Kompromitacją Anety K. 55.26%  55.26% (21)
Demaskacją Łyżwińskiego 28.95%  28.95% (11)
Rozpadem koalicji 5.26%  5.26% (2)
Trudno powiedzieć 10.53%  10.53% (4)
 
Łącznie głosów: 38

Kto miał rację, o tym przekonamy się niebawem. Tymczasem zapraszam Was do wzięcia udziału w kolejnej sondzie. Pytanie brzmi: Czy minister sportu [Tomasz Lipiec przyp. red.] podjął słuszną decyzję? [zawieszając władze PZPN i wprowadzając kuratora przyp. red.]

Ponownie serdecznie zachęcam do wzięcia udziału w zabawie.

 


 

 
 
22:59, deco101
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 stycznia 2007
Bellum

Wojna

Zabawa się skończyła par excellence. Choć mamy dopiero styczeń, minister Lipiec jest pewien, że nadeszła jego pora. Trzy dni temu (A.D. 19 stycznia 2007), „odgwizdał"  koniec ery Listkiewicza i zawiesił władze Polskiego Związku Piłki Nożnej. Ferajna szumowin z pierwszym sekretarzem towarzyszem Listkiewiczem na czele, urządzała sobie z PZPN-u przez ostatnich lat kilka „great party"  kosztem oczywiście polskiej piłki nożnej (vulgo: przede wszystkim polskich kibiców), zamieniając ją w struktury ogranizacyjne i wstawiając tam persony działające rodem z Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (ergo: z rynsztoka). Była to emanacja tudzież mutacja tej zbrodniczej ogranizacji w sferze mentalnej, etycznej i intelektualnej, w której uczciwość nie miała żadnego znaczenia. Nie tylko zresztą dlatego, iż watażką alias hersztem całej tej zwartej grupy był jeszcze do niedawna były członek PZPR-u właśnie. W PZPN-ie zostały bowiem w sposób budzący najmocniejsze żachnięcie nie tylko pielęgnowane zjawiska o charakterze tudzież podłożu korupcjogennym i kwitła związkowa biurokracja, ale wręcz hufce „Listka"  brały ogromny udział w konsumpcji najsmaczniejszych kąsków z tego układu (ciastek z tortu), ergo: klika owa brała garściami co się tylko dało. Stworzono gang, mafię działającą jak rasowi kumoterzy w sposób budzący większe zgorszenie, niż to (jeżeli działoby się to naprawdę of course) co było ukazane humorystycznie w „Piłkarskim pokerze"  Janusza Zaorskiego (w PZPN-ie ubijano tak interesy na dużo większą skalę). Na zasadzie wzajemnych powiązań, stworzono hordy kompulsywnych klik i sitw, co oczywiste, wzajemnie (publicznie) bez rozterek włażącym sobie bez wazeliny do odbytu. Wśród nich byli piłkarze i trenerzy (same gwiazdy) polskiej reprezentacji, exemplum: Apostel, Engel, Kasperczak, Piechniczek, Lato, Żelazko etc. etc. Również zgrywający weredystę i osobę mającą awersję na to środowisko, „człowiek który zatrzymał Anglię"  groteskowy Tomaszewski. Oczywiste jest także, że tylko w przypadku dojścia do władzy Kaczorów, rozłupanie tej korporacyjnej skorupy (jak również innych), stało się możliwe. W przypadku dojścia do władzy koalicji PO-SLD, szanse na to spadłyby na łeb na szyję, a tak w przyszłości nawet starania tej możliwej koalicji (chodzi mi tu o realną zaciekłą obronę PRL-owskich układów przez SLD), warte będą funta kłaków. Trudno zresztą się dziwić łatwości z jaką byli słynni piłkarze wkomponowali się w tę potężną machinę działającą kompatybilnie z byłymi kacykami czy aparatczykami, ponieważ wielu z nich często deklarowało przywiązanie do „tamtych czasów" i wrogość tudzież niechęć do inwersji następującej obecnie nad Wisłą (ćwierćinteligent Grzegorz Lato poparł zresztą w ostatnich wyborach prezydenckich, Włodziemierza „puszczę"  Cimoszewicza). Jeżeli już wspomniałem o lecie, to niech tym cytatem co niektórym zrobi się wewnątrz ciała zima:

Ponieważ nagminnie rzucam przykłady z lipca bieżącego roku, niech i ten (siła przyzwyczajenia) będzie lipcowy. W lipcu 2004 głośny piłkarz, G. Lato, ujawnił, że trzydzieści lat wcześniej, podczas mistrzostw świata roku 1974, Argentyńczycy wręczyli pewnemu reprezentantowi Polski łapówkę dla polskiej drużyny, 18 tysięcy dolarów (to były wtedy wielkie pieniądze), lecz on nie podzielił się z kolegami, tylko całą tę forsę schował dla siebie. „Miasto" zaczęło szeptać, że ów skąpiec to R. Gadocha. Wąskie grupy wtajemniczonych ze środowisk futbolu i dziennikarstwa wiedziały o tym już dawno temu. Znano rozliczne paskudne grzechy „orłów Górskiego": nocne pijackie wyczyny A. Iwana i A. Musiała, brutalne napastowanie pasażerek pociągu przez J. Gorgonia i A. Szarmacha (od gwałtu uchroniła te dwie damy interwencja kierownictwa ekipy), itp. Gadocha nie był jedynym „orłem", który wykolegował kolegów finansowo. Argentyńska Polonia cichcem wręczyła dużą sumę gratyfikacyjną dla zespołu (pono 25 tysięcy dolarów) kapitanowi zespołu, K. Deynie, a ten również pragnął „skasować" to tylko dla siebie, lecz rzecz się wydała i na pokładzie samolotu, którym „orły" wraca­ły do ojczyzny, reszta kolegów o mało nie zlinczowała „Kaki" (przed ciężkim pobiciem uchronili go trenerzy, zastawiając wła­snymi ciałami! — dowiedziałem się o tym od uczestnika lotu). Ale wszystkie te obrzydliwości wybaczano i tuszowano — by nie brukać świetlanej legendy „orłów Górskiego", którzy w czerwonym tunelu PRL dawali społeczeństwu światełko. Teraz również — gdy Lato odważył się puścić trochę farby — buchnął chór głosów, że taki rewizjonizm to szarganie świętości. Środowisko futbolowe murem stanęło za legendą. „Miłość ci wszystko wybaczy..." (Waldemar Łysiak, Rzeczpospolita Kłamców: Salon, 2004).

Dzięki specyfice odwołanego zarządu PZPN-u potwierdziły się też moje przewidywania co do tego, że byli piłkarze vel trenerzy nie powinni mieszać się w sprawy polityczne, ogranizacyjne etc., wymaga to bowiem (często) trochę większej może nie tyle erudycji i intelektu, co mądrości i zaradności, niż do kopania futbolówki lub dobierania taktyki do meczów. Przypomina się tutaj casus Pelego, który również nie spełnił oczekiwań swoich rodaków jeżeli chodzi o umiejętność zarządzania rodzimym futbolem: został „wyrolowany"  przez swojego agenta, spotykał się ze skorumpowanymi działaczami (Ricardo Teixeira), doradzał partnerom zagranicznym inwestycje w najbardziej skorumpowane przedsiębiorstwa Brazylii etc. etc. (więcej w świetnej książce Franklina Foera: „Jak futbol wyjaśnia świat, czyli nieprawdopodobna teoria globalizacji"). Ergo: obrzydził swoją osobę kibicom z Kraju Kawy nie w mniejszym stopniu, niż Listkiewicz i jego granda-banda w Polsce (demonizując również antypatię w stosunku do samego futbolu).

Można zaryzykować stwierdzenie, że kolejny korporacyjny, postkomunistyczny bastion upadł (po Wojskowych Służbach Informacyjnych, swoją drogą, teraz pora na sądownictwo). A przynajmniej swoją decyzją minister sportu dał wszystkim jednoznaczny znak, że ma zamiar doprowadzić do tego, ażeby tak się stało. Bezwzględnie zrugał eskapizm pezetpeeonowskiego bagna. Nie trzeba mieć bowiem nadludzkich zdolności antycypacyjnych, aby dojść do takiego wniosku. PZPN z Listkiewiczem jako Wielkim Demiurgiem (w stylu Adama M.), przeciągnął strunę i musiał za to słono zapłacić. Szalę goryczy jak wiadomo przelała informacja o zatrzymaniu zamieszanego w aferę korupcyjną znanego autorytetu sędziowskiego i recenzenta arbitrów w Canal+, charyzmatycznego Wita Żelazko (po wcześniejszych zatrzymaniach kilkudziesięciu innych person, znamienujących straszliwe bagno). Jak powiedział minister Lipiec o byłych już działaczań PZPN-u: „Bardziej niż o dobro polskiej piłki, dbają o własne stołki". Trudno się z nim nie zgodzić.

Na koniec, moje przewidywania i dygresje apropo wyboru nowego prezesa PZPN-u, które odbędą się na przełomie lutego i marca 2007 roku. Swoje „parcie"  na kandydowanie na to stanowisko (czytaj: dojście do żłoba), ogłosił nie tak dawno, wyjątkowej maści kretyn i człowiek będący absolutnym zaprzeczeniem jakiejkolwiek kompetencji, uczciwości wewnętrznej, przejrzystości duchowej, rzetelności, prezencji i elokwencji (nie mówiąc już o aparycji), Ryszarda Czarneckiego (sic!). Nie może być zresztą inaczej, skoro jest funkcjonariuszem Samoobrony RP (były członek AWS-u). Znany ze „złego przygotowania projektów wykorzystania funduszy europejskich i w rezultacie wycofania przez Unię przeznaczonych dla Polski 34 milionów euro z funduszu PHARE". Ten „apolityczny polityk"  przez pewien czas był również „wiceprezesem (1997-1999 i od 2001 do 2003) i nominalnym prezesem (1999-2001) klubu żużlowego WTS Atlas Wrocław, a także (2002-2003) członkiem rady nadzorczej WKS Śląsk Wrocław". Wielki człowiek. Jeżeli tego pajaca wybiorą na prezesa PZPN-u, będzie to zresztą policzek dla wszystkich oczekujących na osobę LEPSZĄ (choćby pod jednym względem) od Listkiewicza. Kogo więc proponuję? Ano moim faworytem na prezesa PZPN-u jest Roman Kosecki (poseł PO), który wiele zrobił po zakończeniu swojej piłkarskiej kariery dla młodzieży (trener tejże) i stworzenia im odpowiednich warunków do grania w piłkę, ergo: udostępnienia odpowiednich obiektów sportowych dla młodych adeptów futbolu. Wydaje się być osobą uczciwą, spokojną, powściągliwą, przejrzystą, niezłym dyplomatą, o dobrej prezencji i dość dużej (?) kompetencji. A kto zostanie wybrany? We will see.

Z ostatniej chwili: FIFA i UEFA nie uznają kuratora PZPN:

"FIFA i UEFA są zaskoczone decyzją ministra sportu Tomasza Lipca, który ustanowił kuratora w Polskim Związku Piłki Nożnej. Ruch ten jest nie tylko naruszeniem podstaw autonomii zagwarantowanych federacji sportowej, ale jest także podkopaniem wszystkich kroków, jakie polski rząd podjął za pośrednictwem grup roboczych, które miały znaleźć rozwiązania najkorzystniejsze dla rozwoju piłki nożnej w Polsce" - głosi komunikat obu organizacji. (PAP)

Jak widać, mafia trzyma się mocno... Czy ktoś jeszcze wierzy w „bona fides"  tych szalbierzy i hochszaplerów ?

 

16:02, deco101
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 14 stycznia 2007
Łysiak odpowie na artykuł w „GW”

Waldemar Łysiak

W swoim felietonie na internetowej stronie „Gazety Polskiej",  „Pierwszy Oszołom RP"  Waldemar Łysiak zapowiada (w post scriptum), że za tydzień opublikuje demaskatorski pamflet, w którym dogłębnie i szeroko zanalizuje „gazetowyborczy"  artykuł funkcjonariusza tejże gazety (?) Wojciecha Czuchnowskiego pt: „Waldemar Łysiak, czyli baron Münchhausen IV RP". „Wilk"  napisał tak:

PS. Mój „Salon 2” spowodował wściekły odwet „Ministerstwa Prawdy”  (trudno się dziwić) — „GW” wystrzeliła we mnie dwukolumnowy paszkwil (który to już?), będący piramidalnym stekiem insynuacji, absurdów i przekrętów. Za tydzień, osobnym artykułem, rozliczę detalicznie tę kalumnijną hucpę michnikowszczyzny próbującej ukrzyżować Łysiaka". http://www.gazetapolska.pl/?module=content&article_id=1778

Informuje o tym z tego względu, że sam jak wiadomo pokusiłem się o dosadne i ostre skomentowanie tudzież analizę tendencyjnego artykułu klakiera i potakiwacza krynicy prawdy (Adama M.), czyli redaktora Czuchnowskiego.

Czekam więc z niecierpliwością na odpowiedź Łysiaka.

 

21:17, deco101
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 stycznia 2007
Michnikowszczyzna: Zapis choroby

Michnikowszczyzna: Zapis choroby

Michnikowszczyzna - to nie tylko zespół głoszonych przez Michnika tez i postulowanych przez niego zachowań. To grono ludzi, współtworzących jego propagandową linię wWyborczej" i w innych, poddających się jej wpływowi mediach. To przede wszystkim liczne grono adresatów tej propagandy, związanych z Michnikiem emocjonalnie w stopniu nie mniejszym, niż wykpiwane na salonach moherowe babcie przepojone są podziwem dla księdza Rydzyka. To rzesza polskich inteligentów i jeszcze liczniejsza - półinteligentów, którzy ulegli graniczącemu z amokiem uwielbieniu dla redaktora naczelnegoWyborczej" jako wyroczni etycznej, politycznej i intelektualnej"Rafał A. Ziemkiewicz

Polecam tę książkę zarówno „salonowcom", jak i co oczywiste, również „antysalonowcom". Jak przeczytam do końca, to dopiszę coś więcej...

19:00, deco101
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 stycznia 2007
Arcybiskup Wielgus współpracował z wywiadem PRL

Stanisław Wielgus

Wszyscy już o tym wiedzą i to przeczytali, ale co tam. Sprawa jest na tyle poważna, że czuję się w obowiązku o tym napisać.

Dokumenty Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie arcybiskupa Stanisława Wielgusa za „Gazetą Polską":

http://www.gazetapolska.pl/gfx/Wielgus/Wielgus1.zip

http://www.gazetapolska.pl/gfx/Wielgus/Wielgus2.zip

http://www.gazetapolska.pl/gfx/Wielgus/Wielgus3.zip

Zobowiązanie do współpracy z wywiadem PRL:

Zobowiązanie do współpracy

Cóż, po raz enty okazało się, iż to „oszołomy"  mają w tej materii (lustracji) rację, a nie światłe, rozumne i postępowe „creme de la creme". Ku uciesze salonowych dziennikarzy zbiegło to się jednak w czasie z wyborem nowego prezesa Narodowego Banku Polskiego, więc konfabulanci owi mogą sobie pospekulować właśnie w tej kwestii, udając że sprawy z Wielgusem po prostu nie było. Co do niego samego, to broni się on w bardzo znamienny sposób: nikogo nie skrzywdził, nic złego nie zrobił etc. etc. Vulgo: notoryczny sposób dialektyki prawie wszystkich osób oskarżanych po 1989 roku o współprace z SB tudzież wywiadem PRL. Żonglowanie wyuczonymi pustymi frazesami, recytowane z rozbieganymi oczkami w kółko te same mantry, śpiewanie tego samego refrenu. Aż dziw człowieka bierze, że jeszcze nie padło ani jedno słowo o rzekomo sfałszowanych dokumentach, choć bezpieka przecież z reguły sama siebie nie oszukiwała, bo byłoby to samobójstwem. Chyba, że „Wielebny"  lub któryś z jego pomagierów już o tym wspomniał, a ja jak zwykle jestem niedoinformowany.

Szczególne brawa za opublikowanie tych materiałów należą się „Gazecie Polskieji Tomaszowi Sakiewiczowi szkalowanych przez Stasińskiego z „GW" (nazwał „GP" szmatą"), niezmiennie błyszczącego erudycją, kulturą i inteligencją senatora Niesiołowskiego („hieny lustracyjne") czy „twardogłowego"  Gocłowskiego („prawicowa gadzinówka"). Chociaż dla mnie jako dla czytelnika tej gazety, takie słowa od impertynentów i hucpiarzy, to balsam dla duszy. Wracając do sedna, ta sprawa może być bowiem „milliarium" (kamieniem milowym), jeśli chodzi o lustrację w kościele, a przede wszystkim zachowanie jakichkolwiek aspektów moralnych, etycznych i zwycięstwo sprawiedliwości par excellence. Na nic nie zdadzą się już próby zamiatania dokumentów vel materiałów najważniejszych osób w hierarchii kościelnej pod dywan. Jestem tego pewien. Dlaczego? Dopadł ich bowiem syndrom, mówiąc expressis verbis, walki buldogów pod dywanem, w której to media tudzież środki masowego przekazu nieoczekiwanie (wbrew swojemu tradycyjnemu „modus operandi") stają po stronie prawdy. Jestem przekonany, że Rydzyk i jego zamknięta w swoim hermetycznym, apokaliptycznym i sekciarskim świecie klika z Radia Maryja", Życiński wraz ze swoim zaczadzonym własną urojoną wielkością środowiskiem „GW", a także Gocłowski, Pieronek, Boniecki e tutti quanti (vide również najbardziej światły ze światłych od niedawna w tej kwestii, wicepremier Giertych), przegrają z kretesem walkę z bezkompromisowym Sakiewiczem czy odważnym i prawdomównym księdzem Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim. Martwię się tylko o jedno - mianowicie o to, żeby problem lustracji w kościele nie stał się wiodącym tematem związanym z oczyszczaniem życia publicznego w Polsce. Jest to bowiem sfera nad Wisłą (Kościół), która posiada ogromne zasługi w walce z komunizmem. Potwarz i kalumnie rzucane niekiedy słusznie w kierunku co niektórych duchownych, nie mogą rozmyć obrazu i sprawić, iż uwierzymy w piramidalne bzdury mówiące o tym, że lustracja niezbędna jest przede wszystkim w kościele (gdzie około 10% księży współpracowało z SB), a kapusie-dziennikarze, donosiciele-politycy et consortes mogą spać spokojnie.

Jeżeli stanie się inaczej, dolce vita!

Na koniec cytat z książki Waldemara Łysiaka pt. Najlepszy", a ściślej: krótki fragment jego podziemnego tekstu z 1985 roku: „Bezpieka to mafia alfonsów, której dziwki to konfidenci"...

18:24, deco101
Link Komentarze (1) »
czwartek, 28 grudnia 2006
„O Wilku mowa”, czyli „GW” atakuje Łysiaka

Gazeta WyborczaVS.     Waldemar Łysiak

Jeden z najbardziej poczytnych i najlepszych polskich pisarzy, Waldemar „Wilk"  Łysiak, został kilka dni temu zaatakowany na łamach „Gazety Wyborczej". Artykuł pt. „Waldemar Łysiak, czyli baron Münchhausen IV RP"  został napisany przez „psa łańcuchowego" (prawą rękę) herolda, herszta, faraona i NadRedaktora „GW" Adama Michnika, czyli przez Wojciecha Czuchnowskiego. Jak wiadomo, gazeta owa przez całe ostatnie 17 lat starała się przemilczeć każdą kolejną książkę, felieton, artykuł, esej tudzież jakikolwiek wpis Łysiaka. Dlaczego więc zdecydowała się na zruganie Mistrza akurat teraz? Spróbuję to wyjaśnić potem. Należy w każdym razie na samym początku podkreślić, że w artykule zamieszczonym w świątecznym wydaniu najbardziej nieomylnej i wyjątkowej polskiej gazety, czytelnicy nie znajdą absolutnie niczego nowego par excellence. „Dzieło" Czuchnowskiego jest bowiem szalenie symptomatyczne, charakterystyczne i typowe dla „postępowego towarzystwa": tekst jest pełen przekłamań, manipulacji i fałszu, ze szczyptą obłudy, cynizmu i wszystkiego, na co składa się jedno trafne sformułowanie: Faryzeizm. To wszystko jest zresztą znamiennym „modus operandi" (sposobem działania) tudzież motywem przewodnim przyświecającym światłym ludziom i ich kolejnym artykułom. Najmniej temu wszystkiemu winni są adresaci tej propagandy, ergo: otumanieni i ogłupieni sympatycy „GW". Z nimi jest dokładnie tak, jak w pewnej celnej wypowiedzi, której udzielił niegdyś „Newsweekowi"  Karol Jałochowski: Psia kupa, każdej wiosny kwitnąca na skwerach, trawnikach, w jordanowskich ogródkach - trudno o lepszy symbol fatalnego splotu cech narodowego charakteru oraz bezsilności państwa. To ostatnie ogarnięte jest niewytłumaczalną niemocą wyegzekwowania od właścicieli psów tak podstawowej należności wobec innych obywateli, jak sprzątnięcie dorobku ulubieńca. W radosnym braku kultury lub pospolitym chamstwie dołączają doń miliony miłośników czworonogów - jedynych niewinnych w tej cuchnącej sprawie". Vulgo: miłośników Salonu, którym ten wszczepił do głowy swego rodzaju chip, dzięki któremu kontroluje i steruje nimi bez większego problemu.

Wróćmy jednak do sedna „tej cuchnącej sprawy". Na początek tytuł artykułu: jak wiadomo (?), „zespół barona Münchhausena"  to objaw choroby psychicznej, ergo: chodzi tu o jeden spośród wielu cudacznych terminów, którymi żongluje środowisko „GW" (gdy jest bezradne) con amore, czyli o „OSZOŁOMA". Był to „chwyt"  w iście rynsztokowym stylu świadczący o tym, że „Wyborcza"  stacza się po równi pochyłej sięgając bruku na poziomie tabloidów. Nie jest to jednak pierwszy raz: pamiętacie zapewne słynne już oskarżanie Ś.P. Zbigniewa Herberta o schizofrenię bezobjawową etc. Wróćmy jednak do tekstu. Następnie persona czytająca artykuł dowiaduje się, iż „dziś też książki Łysiaka - a prawie co roku wydaje nową - mają powodzenie, zajmują pierwsze miejsca w rankingach sprzedaży. Tyle że Łysiak nie pisze już o Napoleonie, lecz o Polsce po roku 1989 r., którą nazywa ohydnym tworem "czerwono-różowego, magdalenkowo--diabelskiego spisku". Już tutaj mamy do czynienia z podawaniem nieprawdy, vulgo: dezinformacją. Wystarczy bowiem spojrzeć na listę książek Łysiaka od „transformacji ustrojowej"  bądź jak kto woli w okresie Trzeciej Rzeczypospolitej: powieść współczesna „Konkwista" (1988/1989), powieść współczesna „Dobry" (1990), rozprawa architektoniczna „Napoleoniada" (1990), powieść współczesna „Lepszy" (1990), powieść historyczna „Milczące psy" (1990), powieść współczesna „Najlepszy" (1992), powieść oniryczna „Statek" (1994), rozprawa malarska „Malarstwo Białego Człowieka" (1997-2000), publicystyka „Łysiak na łamach" (1993-2001), rozprawa architektoniczna „Napoleon fortyfikator" (1999), powieść współczesna „Cena" (2000), publicystyka „Stulecie Kłamców" (2000), esej kulturowy „Wyspa zaginionych skarbów" (2001), powieść oniryczna „Kielich" (2002), esej kulturowy „Empireum" (2003/2004), publicystyka „Rzeczpospolita Kłamców - SALON" (2004), powieść historyczna „Ostatnia kohorta" (2005), powieść współczesna „Najgorszy" (2006), publicystyka „Alfabet szulerów - SALON 2" (2006). Jak nie sposób nie zauważyć, spośród ogromu książek „Wilka"  po 1989 roku, tylko cztery pozycje można zaliczyć do dzieł politycznych, w których widoczne są aluzje do Okrągłego Stołu et cetera.

Nie będę rzecz jasna analizował artykułu redaktora Czuchnowskiego zdanie po zdaniu. Skupię się na tych zarzutach najpoważniejszych, które już zresztą przez niektórych „antysalonowców"  zostały dawno zdemaskowane, vide: fragment z „Lepszego", więc nie będę się niepotrzebnie wysilał i skorzystam również z ich wypowiedzi: „W 1968 (…) zadebiutowałem jako organizator i spiritus movens strajku na moim wydziale Politechniki Warszawskiej i wraz z moją paczką oraz ze studentami innych wydziałów stoczyłem tam walkę w obronie Wydziału Elektroniki” - pisze Łysiak w autobiograficznej książce „Lepszy" (1990)". Cytat ten jest całkowicie wyjęty z kontekstu, kilka akapitów dalej jest tam bowiem o tym, że Łysiak pokpiwa z samego siebie i że „trzy moje więzienia były równie niepoważne jak moja kombatancka przeszłość". A sam cytat też jest niedokładny: „W wydaniu które mam, jest “zadebiutowałem jako organizator, “spiritus movens”", a nie “organizator _i_ spiritus movens”. Ergo: typowa manipulacja w stylu „GW". Czuchnowski pisze również: „W marcu 1983 r. „Gazeta Krakowska”, organ PZPR, w owym czasie szczególnie zaciekła w zwalczaniu opozycji, triumfalnie donosi: „Już w najbliższą sobotę rozpoczynamy druk fragmentów najnowszej książki Waldemara Łysiaka MW ( »Muzeum Wyobraźni «)”. Nic jednak z tego cytatu nie wskazuje na to, że druk „MW"  został w końcu rozpoczęty, ani też na to, iż Łysiak miał na to jakikolwiek wpływ. Kolejny cytat: „Pisarz współpracuje też z bojkotowaną przez twórców i aktorów telewizją. Od 1982 r. Teatr Telewizji pokazuje jego sztuki sensacyjne - "Selekcję" I, II i III. Telewizja zamawia też u niego scenariusz 13-odcinkowego serialu według "Huraganu" Wacława Gąsiorowskiego. W Zespole Filmowym "Silesia" powstaje film na podstawie "Szachisty". Tutaj nieprawda polega z kolei na tym, że „Selekcję"  wyprodukowano kiedy indziej (1984) a emisja sztuki na podstawie opowiadania Łysiaka to publikacja w peerelowskiej prasie. Następnie Czuchnowski kolejnymi cytatami z Łysiaka daje nam do zrozumienia, że dobre opinie pisarza na temat pewnej części socrealistycznej architektury a także powoływanie się przez niego na Gierka świadczy o tym, że „Wilk"  kochał PRL tudzież był pieszczochem czerwonej władzy. Et cetera, et cetera. Jeżeli ktoś chce więcej szczegółów to proszę „wstąpić"  tutaj: http://www.gazetawyborcza.pl/1,76498,3811004.html, następnie koniecznie tu: http://forum.fronda.pl/forum.php?akcja=pokaz&id=817909.

W owym artykule z kolei nie ma NIC na temat wielokrotnej walki Łysiaka z cenzurą (opis zbrodni katyńskiej etc.), przemycaniu bibuł antysowieckich na Litwę, pomocy ludziom należącym do organizacji antykomunistycznych (np. KPN), udzielaniu się w pismach podziemnych, dobrym zdaniu na temat pisarza m.in. Anny Walentynowicz i jej koleżanek, późniejszym pisaniu w „Tygodniku Solidarność"  etc. etc. Czuchnowski nie polemizuje też w żaden sposób z argumentami, których Łysiak używa w swojej publicystyce. Poparcie dla purnonsensów, które wypisuje, próbuje redaktor znaleźć za to w słowach Stefana Bratkowskiego (z całym szacunkiem: członek ZMP w latach 1949-1956, KC ZMS 1956-1957, PZPR w latach 1954-1981; usunięty dyscyplinarnie).

Bardzo boli (musi boleć) kacyków i ich klakierów z „GW", że Łysiak nigdy w przeciwieństwie do wielu ich mistrzów:

Nie donosił do SB (jak ulubieniec Salonu, półanalfabeta Wałęsa)
Nie był agentem Służby Bezpieczeństwa (jak wspomniany Wałęsa, Maleszka czy ks. Czajkowski)

Nie był w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (jak Kuroń, Bratkowski i in.)
Nie był piewcą Stalina, Lenina, Bieruta e tutti quanti (jak Szymborska, Kapuściński, Brzechwa, Gałczyński i in.)
Nie był nawet w reżimowym Związku Literatów Polskich (jak wielu idoli Salonu)

Podczas pochodu pierwszomajowego nie szedł dziarsko i tromtadracko wzdłuż trybuny i nie dziękował radośnie władzy za fawory (jak Łapicki, Holoubek, Wajda, Englert, Tyszkiewicz, Olbrychski i in.)

O tym już jednak organ prasowy Michnika nie miał zamiaru nigdy wspominać. Jak tu jednak źle pisać o swoich mentorach? W tym momencie warto wszakże zacytować Orwella, który powiedział niegdyś tak: „Lewicowość jest czymś w rodzaju fantazji masturbacyjnej, dla której świat faktów nie ma większego znaczenia". Tout court. Nic dodać, nic ująć.

Na koniec, jak obiecałem, odniosę się do kwestii następującej: dlaczego ten artykuł ukazał się akurat teraz? Otóż moim zdaniem odpowiedź jest prosta. Jak napisał jeden z „antysalonowców"  do sympatyków „creme de la creme": „Prawdziwy ból jest taki, że Łysiak bez żadnej reklamy, a nawet wzmianki w największych ogólnopolskich mediach, sprzadaje jednorazowo więcej książek, niż wszystkie autorytety związane z GW" razem wzięte. I to jest największy wasz ból". Ten proces nasila się ostatnio coraz bardziej (mocniej), więc zapewne Salon gwoli niezadowolenia, iż Łysiak również swoją polityczną publicystyką zdobywa coraz to większe grono adoratorów, u Adama M. i jego kliki wywołało to sporą złość, czego efektem bądź skutkiem był ten artykuł. Jakie mogły być inne powody tej wściekłej próby flekowania tudzież piętnowania Łysiaka? Wybaczcie, ale tego to już niestety ze swoim malutkim móżdzkiem i małą przenikliwością wydedukować nie potrafię.

21:27, deco101
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 grudnia 2006
Dyskusja na blogu Ziemkiewicza

Rafał Ziemkiewicz

Na blogu Rafała Ziemkiewicza (http://rafalziemkiewicz.salon24.pl/2772,index.html) rozgorzała bardzo ciekawa (choć niekiedy bardzo ostra tudzież chamska), dyskusja między blogowiczami będącymi nazywani przeze mnie odpowiednio „Michnikofilami" (Salonowcami) i „Antysalonowcami", do której włączył się przez chwilę nawet i sam publicysta. Czuję się w obowiązku o niej poinformować, gdyż m.in. moje uczestnictwo w niej, uniemożliwia mi od paru dni „płodzenie"  kolejnych wpisów na własnym blogu.

Zapraszam więc do gorącej dyskusji zarówno tych stojących po jedynej słusznej stronie („Michnikolizów"), jak i tych będących ostoją zła (prawicowych „oszołomów"  węszących wszędzie spiski)... Żartowałem.

18:06, deco101
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 grudnia 2006
Sonda nr 2: Jak zakończy się "Seksafera"?

Sonda

Ostatnio najważniejszym wydarzeniem politycznym w kraju jest tzw. Seksafera", którą rozpętała GW" swoim wywiadem z Anetą Krawczyk, której to sensacje o „pracy za seks" w Samoobronie, wstrząsneły „niezależnymi mediami". W związku z tym, chciałem się dowiedzieć jak Waszym zdaniem zakończy się ta sprawa. Kompromitacją samej tej kobiety, potwierdzeniem się zarzutów wobec posła Łyżwińskiego czy też może rozpadem koalicji, poprzez zamieszanie w całą tę aferę również wicepremiera Leppera?

Ponownie zapraszam do wzięcia udziału w sondzie.

17:03, deco101
Link Dodaj komentarz »
Sonda nr 1: Czy Platformie Obywatelskiej grozi rozłam?

Sonda

Zakończyło się głosowanie w sondzie, w której mieliście odpowiedzieć na pytanie, czy Waszym zdaniem Platformie Obywatelskiej grozi rozłam, po m.in. poparciu którego udzielił jeden z liderów tej partii, Jan Rokita kandydatowi PiS na prezydenta Krakowa.

Oddano 48 głosów. Wyniki dość jednoznacznie wykazują, że czytelnicy tegoż bloga są zdania, iż rozłam w PO jest nieunikniony:

Czy Platformie Obywatelskiej grozi rozłam?

Tak 80% (38 głosów)

Nie 10% (5 głosów)

Nie wiem 10% (5 głosów)

15:47, deco101
Link Dodaj komentarz »
piątek, 08 grudnia 2006
Ziemkiewicz wspomina o relacji ze spotkania z Michnikiem

Rafał Ziemkiewicz

Publicysta i pisarz Rafał Ziemkiewicz, w swoim blogu „Między Michnikiem a Rydzykiemwe wczorajszym wpisie pt. „Drobiazgi zebrane", wspomniał o mojej relacji ze spotkania w księgarni „Matras"  w Toruniu z Adamem Michnikiem (http://deco10.blox.pl/2006/11/Spotkanie-z-Michnikiem.html). Napisał on tak:

NaGablotce”, czyligazetce blogowej Kukiegoznalazłem relację z niedawnego spotkania Adama Michnika w Toruniu. To miło, że oberautorytet nazywa mniemłodą gwiazdą”. Ale twierdzenie, że zrobiłem się sławny dopiero po dojściu do władzy obecnej ekipy jest odległe od prawdy. Oczywiście, rozumiem, co miało to sugerować. Tylko cały efekt psuje, że to samo miał Michnik powiedzieć o Łysiaku. Rzeczywiście, wcześniej można było nigdy o nim nie słyszeć. Pod warunkiem, że ktoś urodził się równo zGazetą Wyborcząi nigdy nie czytał niczego poza nią (http://rafalziemkiewicz.salon24.pl/2111,index.html).

Nie ukrywam, że gdy czytałem ten wpis po raz pierwszy trochę mnie „zamurowało". Nie przypuszczałem (of course), że Ziemkiewicz przeczyta choć jeden artukuł tudzież relację na moim blogu. Gwoli ścisłości, Michnik na tym spotkaniu wspomniał o Ziemkiewiczu wymieniając osoby, którym wytoczył procesy. Powiedział mniej więcej tak: „Wytoczyłem też jeszcze proces, temu no, ta młoda gwiazda, jak on się nazywa, Ziemkiewiczowi"... Potem rzeczywiście dodał, że Ziemkiewicz, Łysiak et consortes wraz z przyjściem do władzy obecnych rządzących, zaczęli być sławni i popularni. Swoją drogą znam sporo osób, które „urodziły się równo zGazetą Wyborczą” (lub niewiele wcześniej) a mimo to znają i znały już wcześniej zarówno Łysiaka, jak i Ziemkiewicza.

Post Scriptum: Panie Rafale, zapraszamy do Torunia do księgarni „Matras"  na promocję swojej nowej książki (Michnikowszczyzna: Zapis choroby)!! Wiem, że raz już Pan był (13 październik 2005) promować swoją powieść „Ciało Obce" (pamiętny wywiad „Feministki były oburzone"). Zapraszamy więc serdecznie ponownie!! Zdjęcia z ostatniej wizyty w Toruniu: http://www.matras.pl/foto/spotkania/ziemkiewiczd6.jpg i http://www.matras.pl/foto/spotkania/ziemkiewiczd7.jpg

18:31, deco101
Link Komentarze (3) »
PiS odrzuca propozycję Platformy

Ludwik Dorn

Nie dla psa kiełbasa", vulgo: Platforma i SLD na razie nie mają szans na przejęcie władzy - takie sformułowanie cisnęło mi się na usta po oświadczeniu Ludwika Dorna, który powiedział, że „Prawo i Sprawiedliwość odrzuca propozycję Platformy Obywatelskiej dotyczącą rozpisania przedterminowych wyborów parlamentarnych na wiosnę". Wczoraj bowiem PO złożyło PiS ofertę „wyjście z fatalnej sytuacji, w której znalazł się parlament". W zamian partia Tuska zobowiązała się poprzeć przyszłoroczny budżet i wspierać mniejszościowy rząd, który działałby do przedterminowych wyborów.

Na specjalnie zwołanej dziś konferencji prasowej PiS nie dał się jednak nabrać na ten (imho) „ruch socjotechniczny"  i odrzucił propozycję Platformy. Ludwik Dorn powiedział m.in., że „pewne segmenty propozycji Platformy Obywatelskiej [PiS przyp. red.] wita z zadowoleniem", jednak „tak poważna rzecz jak termin wyborów parlamentarnych nie może zależeć od wyniku badań materiału genetycznego posła Stanisława Łyżwińskiego",  natomiast spotkanie Jarosława Kaczynśkiego z Donaldem Tuskiem „po to, aby rozmawiać o budżecie państwa i najważniejszych dla państwa ustawach" jest możliwe. Wicepremier podkreślił również, że PiS oczekuje od Samoobrony wyciągnięcia konsekwencji wobec Łyżwińskiego, jeśli zarzuty wobec niego się potwierdzą. Dorn dodał, iż jeśli prokuratora postawi zarzuty Andrzejowi Lepperowi, to zostanie on usunięty z rządu. Wydaje się więc, że oznaczałoby to wtedy koniec obecnej koalicji. Szef MSWiA stwierdził też, iż nie rozumie, dlaczego opozycja chce „ustalać skład Rady Ministrów". Na koniec powiedział, że wyborcy podjęli już decyzję w czasie ostatnich wyborów parlamentarnych, a teraz oczekują od rządu tego, ażeby obecna władza rządziła państwem.

Platforma Obywatelska została więc „odprawiona z kwitkiem"  i koalicja na razie trwa par excellence. Może się to jednak oczywiście niedługo zmienić, jeżeli zarzuty wobec Leppera i Łyżwińskiego się potwierdzą. Na razie jednak żaden z zarzutów wobec nich nie znalazł odzwierciedlenia w faktach, ciężko więc aby PiS, ferował wyroki (tym bardziej godząc się na nowe wybory) bez dowodów. Osobiście nie wyobrażałem sobie więc innej odpowiedzi PiSu na propozycję coraz to bardziej cynicznej i obłudnej Platformy, która jest w stanie poprzeć nolens volens nawet budżet, który jeszcze do niedawna uważała za bardzo zły, byle wygrać wybory i wspólnie z tałatajstwem i swołoczą z SLD uczynić Polskę krajem (odwrotnie proporcjonalnie)  „mlekiem i miodem płynącym". Oto wypowiedź sprzed kilku miesięcy Rokity, która ukazuje tout court, jak bardzo PO w świetle wczorajszej propozycji zależy na bardzo istotnej sprawie dla Polski, jakim jest przecież budżet na rok 2006: „To jest zły budżet. To jest budżet nadmiernych wydatków publicznych, budżet, który zlikwidował program +Tanie państwo+, budżet marnotrawienia rozmaitych pieniędzy na bardzo drobne wydatki i budżet, który nie rozwiązuje tak fundamentalnych problemów jak zadłużenie PKP czy ustawa 203. (...) Szkoda, jeśli będzie go popierać Zyta Gilowska, bo wiem, że nie wierzy w ten budżet". Jak widać, Platforma dla „dobra Polski" (czyt. zdobycia władzy) wczoraj w niego uwierzyła...

15:20, deco101
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 04 grudnia 2006
Zbigniew Chlebowski będzie szefem PO?

Zbigniew Chlebowski

Jest niemal pewne, że Zbigniew Chlebowski, ekonomista i minister finansów w „Gabinecie Cieni"  Platformy Obywatelskiej, będzie szefem klubu parlamentarnego PO - dowiedziało się dziś „radio RMF FM". Aktualny szef Platformy Donald Tusk wykluczył bowiem to, ażeby tę funkcję mógł pełnić Jan Rokita. Szefa PO oficjalnie wybierze zarząd tej partii na najbliższym posiedzeniu. Dzisiaj jednak zarząd krajowy Platformy Obywatelskiej nie odbył się ze względu na sytuację rodzinną Donalda Tuska, który przebywa obecnie w Gdańsku. Jutrzejszy zarząd krajowy również stoi pod dużym znakiem zapytania. Jeżeli bowiem Tusk nie przyjedzie jutro z Gdańska do Warszawy, klub wybierze nowego przewodniczącego w jeszcze innym terminie.

Nasuwa się więc znowu pytanie o losy jednego z najbardziej popularnych polityków Platformy, czyli o Jana Rokitę. Od kilku miesięcy słyszało się bowiem głosy, że jeśli nie zostanie on szefem PO to będzie to oznaczało, iż jego pozycja w tej partii nadal jest bardzo słaba. Objęcie przez „premiera z Krakowa"  tego stanowiska miało być gestem poparcia i zaufania dla niego ze strony partii i przewodniczącego Tuska, który wiosną po zwycięstwie na zjeździe PO, obiecał tę funkcję właśnie Rokicie. Po poparciu udzielonym przez Rokitę kandydatowi PiS na prezydenta Krakowa, Tusk w wywiadzie „Rzeczpospolitej"  powiedział jednak: „Mój entuzjazm dla tego pomysłu trochę zbladł" . Wielokrotnie ukazywały się również artykuły dowodzące, że „ludzie Rokity"  byli „wycinani"  z Platformy przez „ludzi Tuska", ergo: dominującą rolę w PO wiodą bez wątpienia ci drudzy. 

Czy Rokita zniesie więc swoje kolejne upokorzenie czy też zdecyduje się opuścić PO?

 

23:32, deco101
Link Komentarze (2) »
sobota, 02 grudnia 2006
Wywiad z Janem Rokitą

Nelly Rokita i Jan Rokita

Opublikowany w dniu dzisiejszym wywiad udzielony przez Jana Rokitę „Dziennikowi"  jest najlepszym dowodem na to, iż podnoszone głosy o jego rzekomym odejściu z Platformy Obywatelskiej, to nie fantasmagorie i wyssane z palca brednie. Jedna z najciekawszych postaci polskiego życia politycznego tromtadracko i bez ogródek wypowiada się na temat swojej obecnej sytuacji w jego partii: „Nie wiem  [czy długo będę jeszcze w PO przyp. red.], ale dobry polityk musi umieć odpowiadać na wyzwania chwili i być przygotowany zarówno do obejmowania stanowisk, jak i do totalnej porażki w każdej chwili". Krytykuje także rzekome, mówiąc kolokwialnie, „wazeliniarstwo"  tudzież „włażenie bez wazeliny do odbytu", jakie odbywa się w tej partii w stosunku do szefa PO, Donalda Tuska: „Chwalstwo przewodniczącego Tuska jest i tak uprawiane w Platformie z przesadą i nie chcę w nim uczestniczyć". Oto cały wywiad Roberta Mazurka z Janem Rokitą:

ROBERT MAZUREK: Pan Kosch z krakowskiej Platformy chciałby pana usunąć z partii.
JAN ROKITA: Czytałem o tym w gazetach. Ale czy ktoś pamięta nazwisko oskarżyciela Sokratesa? Podobno nazywał się Meletos i był przekupionym poetą. Może to nie jest dobre porównanie, ale użyłem go tylko dlatego, by powiedzieć, że sykofanci, czyli ludzie rzucający oszczerstwa na lepszych od siebie, są zapominani przez historię. Tak jak Meletos został zapomniany.

A pan, jak Sokrates, przetrwa w pamięci.
No niech pan nie robi takich porównań!

Dlaczego? Widzę pewne podobieństwa intelektualne.
Zapewne wśród Greków też byli ludzie mało inteligentni.

Co za kokieteria!
To nie kokieteria. Mam dowód, że jestem mało inteligentny w postaci słynnego narodowego testu na inteligencję, w którym uzyskałem tak dramatycznie zły wynik, że mimo moich nalegań, gróźb i próśb dyrekcja TVN odmówiła mi podania go do wiadomości.

A Doda Elektroda geniusz! Może to ona powinna zostać szefem klubu PO?
Obawiam się, że statut na to nie pozwala, ale jej mąż Radosław Majdan startując z listy Platformy, odniósł duży sukces w Szczecinie.

Jakim przywódcą Platformy jest Donald Tusk?
...

Jan Rokita milczy.
Proszę mnie zwolnić z obowiązku recenzowania polityków, tym bardziej z własnej partii. Chwalstwo przewodniczącego jest i tak uprawiane w Platformie z przesadą i nie chcę w nim uczestniczyć, a krytyka jest niewskazana, niczego dobrego nie buduje.

PO na początku była ruchem trzech tenorów. Płażyński i Olechowski zostali z niej wykruszeni...
(śmiech) To dobre określenie.

Potem była trójka: Gilowska, Rokita, Tusk. I z tej trójki Gilowska jest w PiS, Rokita na aucie, rządzi Tusk.
Za zmianami konstrukcji kierownictwa politycznego powoli podążają przemiany ideowe, ale w gruncie rzeczy konserwatywno-liberalna tożsamość tej partii została zachowana. Uważam, że w niedługim czasie powinien się odbyć kongres programowy Platformy, który odpowiedziałby na pytanie o program partii i o jej linię.

Tusk odpowiada: mamy program napisany przez Jana Rokitę i debaty nam nie trzeba.
Program napisany jakiś czas temu na papierze nie jest już dziś wystarczający.

Kiedy wybierano Grzegorza Schetynę na sekretarza generalnego partii, pan go poparł w ramach układu: Schetyna na sekretarza, pan na szefa klubu.
Czytałem o tym wyłącznie w gazetach. W żadnym – jak był pan łaskaw się wyrazić – „układzie” nie uczestniczyłem.

Krytykował pan Schetynę publicznie.
Widocznie miałem powody.

I one ustały?
Może pan wrócić do tamtych wypowiedzi. To wszystko, co mam w tej sprawie do powiedzenia. Mówiąc uczciwie – odmawiam odpowiedzi.

Dziesięć lat temu mówił mi pan w wywiadzie o ogródkach jordanowskich. Zaimponował mi pan, bo niewielu polityków ma poglądy w takich kwestiach.

Ja to zapisałem w naszym ubiegłorocznym programie, bo mocno wierzę, że niesłychanie potrzebne w cywilizowanym świecie są ogródki jordanowskie, małe, powszechnie dostępne obiekty sportowe, tak jak w krajach anglosaskich. To świetny przykład jak małymi nakładami można uzyskać wielkie rezultaty.

A dla mnie to świetny przykład, że Rokita mówi słuszne rzeczy i nic nie robi. Przez 10 lat nie wniósł pan w tej sprawie żadnego projektu ustawy, poprawki do budżetu, nic.

Całe ostatnie 10 lat jestem politykiem opozycji, nawet w AWS byłem de facto w opozycji. Takie rzeczy może zrobić tylko rząd, a nie poseł opozycji.

Marcin Libicki z ZChN, potem PiS, co roku zgłaszał jedną poprawkę do budżetu.

Jaką?

Przesuwał dotacje z kinematografii na ochronę zabytków. Przegrywał, ale następnego roku robił to samo.
To godne podziwu, bo świadczy o rzadkiej w polityce konsekwencji. Ma pan rację, przyjmuję tę przyganę, że powinienem więcej mówić o ogródkach jordanowskich i obiecuję poprawę.

PO – PiS jest jeszcze w Polsce możliwa?
Centroprawica jest możliwa, nie wiem czy PO –PiS. Jestem przekonany, że dobre centroprawicowe rządy muszą się w Polsce zdarzyć, a sprzyja temu choćby powolna, ale nieuchronna marginalizacja formacji postkomunistycznej.

Na razie to pan został zmarginalizowany we własnej partii, a PO coraz bliżej do SLD.
Powtórzę, że problem lewicy postkomunistycznej nie jest kluczowym problemem polskiej polityki, bo liczby pokazują, że formacja postkomunistyczna zwija się, a nie rozwija, więc atrakcyjność jej politycznego partnerstwa będzie się zmniejszać. Co nie zmienia faktu, że wolałbym, by Platforma nie dokonywała programowego zbliżenia do SLD i ilekroć w wypowiedziach moich kolegów partyjnych odczytuję takie przesłanki, to narasta we mnie niepokój.

Długo pan jeszcze będzie w PO?
Nie wiem, ale dobry polityk musi umieć odpowiadać na wyzwania chwili i być przygotowany zarówno do obejmowania stanowisk, jak i do totalnej porażki w każdej chwili. Tę umiejętność w sobie wyrobiłem.

23:32, deco101
Link Komentarze (17) »
List Rokity do Tuska

Rokita i TuskJan Rokita i Donald Tusk  

Gazeta „Dziennik"  opublikowała dziś na swojej stronie internetowej list, który Jan Rokita wystosował do przewodniczącego Platformy Obywatelskiej, Donalda Tuska. Namawia on „człowieka z zasadami"  (który nie tak dawno informował o potrzebie „męskiej rozmowy"  z Rokitą) do debaty na temat przyszłości Platformy, jej roli w Polsce jako partii i kierunku zmian, w jakim ma podążać. Apeluje on również do „drogiego Donalda"  o „wyraźne i publiczne odcięcie się od postkomunistów, aby ukrócić niedobre dla Platformy spekulacje na ten temat". Oto pełna treść tegoż listu:

 

Drogi Donaldzie, skoro minęły wybory, mogę wreszcie bez obawy wzbudzania nagłych poruszeń w elektoracie zwrócić się do Ciebie z prośbą. Zanim ją wyłuszczę, pozwól, że Ci przypomnę wydarzenia ostatnich tygodni, aby moja prośba do Ciebie była bardziej zrozumiała.

Jak doskonale pamiętasz – byłeś wszak na posiedzeniu Zarządu PO współautorem tej decyzji – o ile nie doszłoby do formalnego porozumienia z lewicą w sprawie poparcia Hanny Gronkiewicz-Waltz, poszczególne regiony miały podejmować decyzje samodzielnie co do popierania nie - platfomerskich kandydatów w drugiej turze. Porozumienia nie zawarto (i nie ogłoszono go w żaden dostępny dla mnie sposób), tym samym większość parlamentarzystów z Krakowa poparła kandydata PiS na urząd prezydenta naszego miasta. Uczyniliśmy to w przekonaniu, że opowiadamy się za kandydatem, który mógł być w przeszłości wspólny dla Platformy i PiS, kandydatem o dobrej politycznej biografii. To nasze poparcie spotkało się z dwojakimi reakcjami. Najpierw z konfuzją wyrażaną przez Ciebie publicznie, jakbyśmy coś zrobili wbrew stanowisku partii, co jak dobrze wiesz, nie odpowiada rzeczywistości. Potem, zachęceni głosami ze strony liderów, odezwali się młodzi działacze PO z Krakowa, a to podejmując krytyczne wobec naszego znanego stanowiska uchwały, a to nawołując do ścięcia mojej głowy na szafocie partyjnego gniewu. Całości dopięły spekulacje, nie bez udziału ludzi z PO, że poparcie dla Terleckiego w Krakowie szkodzi szansom Gronkiewicz-Waltz w Warszawie. Cieszę się, że wynik warszawskich wyborów dowodzi absurdalności takich zarzutów, co bynajmniej nie łagodzi mojego bólu zachowaniem ludzi będących w tej samej partii co ja. I tu dochodzę do istoty problemu.

Drogi Donaldzie, przecież wiesz, że opowiedzenie się za kandydatem PiS w Krakowie nie miało żadnego znaczenia w wymiarze realnej polityki – przewaga kandydata lewicy była na tyle duża, że wykluczała szanse na wygraną Terleckiego. O co więc chodziło? Chodziło o zasady. O zasadę, w myśl której człowiek uczciwy i rzetelny jest lepszy od nieposiadającego takich cech. Zasadę, że ktoś, kto miał odwagę przeciwstawiać się niewoli własnego kraju, jest godniejszy naszego głosu niż ktoś, kto ze złem flirtował z konformizmu lub dla własnej wygody. Zasadę, którą najlepiej wyraził Władysław Bartoszewski: jeśli nie wiesz, jak się zachować, zachowaj się przyzwoicie. Parlamentarzyści krakowscy właśnie w myśl takich zasad podjęli tę decyzję, która stała się powodem wyrażanego przez Ciebie niezadowolenia. Nie dziwię się modym działaczom PO z Krakowa – zachowali się jak klasyczni hunwejbini z partyjnych młodzieżówek – poszli za wskazanym kierunkiem ataku. Dziwię się Tobie. Bo logika opisywanych wydarzeń jest w najwyższy sposób niepokojąca. Jeśli z wielkiego projektu zmian Polski, po przegranych przez nas w ubiegłym roku wyborach (w tym przez nas dwóch szczególnie boleśnie) ma pozostać zasada wykluczająca popieranie w życiu publicznym dobrych ludzi tylko dlatego, że są z przeciwnego obozu, to przegraliśmy raz jeszcze. To znaczy, że zostaliśmy jako partia zainfekowani tą samą chorobą, na którą cierpi PiS. To choroba objawiająca się ślepotą na dobro wspólne, o ile nie jest ono reprezentowane wyłącznie przez dyspozycyjnych kadrowych funkcjonariuszy partii. To choroba każąca wziąć za zakładników partyjnej logiki wszystkich Polaków i podzielić ich na dwie kategorie: naszych i wrogów bez żadnej apelacji, miejsca na odrębne zdanie czy neutralność. To choroba skazująca Polskę w finale na słabość, a nie na siłę, a polską politykę na nikczemność i małość. W tym, co się dzieje wokół mojej osoby i osób podobnie jak ja myślących w Platformie, po poparciu Terleckiego wyczuwam symptom tego schorzenia. A przecież możemy i powinniśmy prowadzić spór z PiS bez konieczności upodabniania się do metod działania naszych przeciwników. Tym bardziej że i oni zdobywają się na gesty niemieszczące się w logice wojny totalnej, jak np. poparcie w drugiej turze kandydata PO w Szczecinie i Lublinie. Wierzę, że PO jest zdolna do zdobycia zaufania Polaków i sprawowania skutecznych rządów i można to osiągnąć bez uciekania się do poparcia postkomunistów. Mam nadzieję, że nie jest Twoją intencją uczynienie PO zakładnikiem środowiska, które powinno dopełnić swoich dni na marginesie życia publicznego w Polsce. A tylko tak można tłumaczyć oburzenie poparciem Terleckiego. Aby pozbyć się raz na zawsze wątpliwości w tej dziedzinie, proszę Cię o dwie rzeczy:
Po pierwsze o wyraźne i publiczne odcięcie się od postkomunistów, aby ukrócić niedobre dla Platformy spekulacje na ten temat. Wydaje mi się to konieczne także ze względu na propagandę PiS wpychającą nas w ramiona SLD i tego wszystkiego, co przecież jest nam obce i przeciw czemu walczyliśmy w ławach opozycji w poprzedniej kadencji Sejmu;
Po drugie o mądre pociągnięcie do odpowiedzialności tych, którzy gest wynikający z zasad uznali za złamanie partyjnej linii, za wyłom w zwartych szeregach karnego wojska. Z takimi ludźmi i z takimi postawami nie zbudujemy przełomu w Polsce, ani własnej wiarygodności w oczach wyborców jako alternatywy dla PiS

Myślę, że wybory samorządowe stały się okazją do potrzebnej i pasjonującej debaty o przyszłej roli Platformy w Polsce. To może być przecież wielka rola! Od pewnego czasu tę debatę toczą w pewnym sensie za nas intelektualiści i publicyści. Nadszedł czas, kiedy wsłuchując się także w ich głosy, my musimy zabrać głos w sprawie tego, co chcemy zmienić w Polsce. Także w sprawie tego, co akceptujemy, a co odrzucamy z dorobku obecnego rządu. Myślę, ze mógłby temu służyć nieodległy czasowo Kongres Programowy Platformy Obywatelskiej.
Moja dłoń jest – jak zawsze – wyciągnięta do lojalnej współpracy bez oczekiwania (co wiesz dobrze!) na stanowiska i zaszczyty.

Z przyjaźnią i szacunkiem,

Jan
PS. List ten po zapoznaniu się przez Ciebie pozwolę sobie przekazać do wiadomości posłom i senatorom naszej partii."

22:42, deco101
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 30 listopada 2006
Spotkanie z Michnikiem

Adam Michnik z czytelnikami

28 listopada w Księgarni „Matras"  w Toruniu, odbyło się w spotkanie z „Oberguru", niekwestionowanym „autorytetem moralnym", „człowiekiem tolerancyjnym"  i „postępowym", bezlitosnym tępicielem „antysemityzmu", „motłochu", „ludzkich urojeń"  i wszelakiej „antyinteligenckiej hołoty", czyli redaktorem naczelnym „Gazety Wyborczej"  Adamem Michnikiem, we własnej osobie. Byłem tam. Wyznaję zasadę, że jeżeli kogoś nie lubię tudzież się z kimś nie zgadzam, to nie stosuję procedury ostracyzmu par excellence. Mając to na uwadze, mimo że nie przeczytałem książki, którą Michnik promował („Wściekłość i wstyd", w której to autor opowiada i chwali swoje środowisko polityczne, światopoglądowe etc. etc.), ani przez chwilę nie zastanawiałem się nad tym, czy wybrać się na to spotkanie. W końcu jeżeli się tyle słyszy, czyta, pisze et cetera na temat tego człowieka, to szczytem zacietrzewienia, odizolowania i zamknięcia w swoim apokaliptycznym świecie byłoby nie skorzystanie z okazji do zobaczenia i usłyszenia tego, co ma on do powiedzenia.

Spotkanie miało się rozpocząć około godziny 17:00. Przybyliśmy tam (wraz ze znajomym) dość punktualnie. W oczekiwaniu na początek „szoł", przystąpiłem do lektury najnowszej książki „Adasia". W księgarni rzucało się niebywale w oczy to, że najnowsze dzieło Waldemara Łysiaka (bijący rekordy popularności „Salon 2: Alfabet Szulerów") było schowane tak, ażeby gość „Matrasu"  nie musiał cierpieć przy każdym kontakcie wzrokowym z książką znienawidzonego przez niego pisarza. Dało się również zauważyć grupkę czytelników tudzież fanów faraona, herolda „Salonu III RP". Od razu przypomniał mi się więc cytat z najnowszej książki Ziemkiewicza („Michnikowszczyzna. Zapis choroby"): „To przede wszystkim liczne grono adresatów tej propagandy, związanych z Michnikiem emocjonalnie w stopniu nie mniejszym, niż wykpiwane na salonach moherowe babcie przepojone są podziwem dla księdza Rydzyka. To rzesza polskich inteligentów i jeszcze liczniejsza - półinteligentów, którzy ulegli graniczącemu z amokiem uwielbieniu dla redaktora naczelnego "Wyborczej" jako wyroczni etycznej, politycznej i intelektualnej". Jak się potem miało jednak okazać, moje początkowe przewidywania co do osób obecnych w księgarni, raczej nie sprawdziły się tout court. Zanim się o tym przekonałem, otrzymałem informację, która na szczęście nie była zwiastunem tego, co się wydarzy. Otóż jedna z osób będących w księgarni powiedziała, że Michnik po wcześniejszym tego dnia przemówieniu, czuje się „wypalony intelektualnie"  i nie będzie żadnej prezentacji jego książki ani tym bardziej dyskusji. Stało się jednak na szczęście zupełnie inaczej.

Michnik początkowo podpisywał tylko autografy i dawał osobiste dedykacje swoim czytelnikom. Wreszcie przemówił. Powiedział, że ma nadzieję, iż ostatnie wyniki wyborów będą preludium zmian w Polsce na lepsze i powrotu do normalności. Po tym krótkim oświadczeniu lapidarnie stwierdził, że nie ma nic ciekawego do powiedzenia, czuje się „wypalony intelektualnie"  i jedyne co może zrobić, to odpowiedzieć na konkretne pytania.

Ku zapewne jego zdziwieniu i konsternacji, dał tym samym cynk zgromadzonym do ciekawego, wspólnego dyskursu. Zaczęto zadawać kolejne pytania. Pierwsza osoba zapytała Michnika, dlaczego cały swój dorobek sam deprecjonuje, „pijąc wódkę z komunistami". Pytanie rozpoczął jednak jegomość od stwierdzenia, iż szanuje Michnika („Adaś"  odpowiedział z sarkazmem, że „przy bliższym poznaniu traci"...). „Oberguru"  próbował się bronić mówiąc, że właśnie po to walczył o wolną i demokraktyczną Polskę, „żeby mógł pić wódkę z kim chce i kiedy chce" (indagujący odpowiedział mu, iż myślał, że istnieją jakieś „względy estetyczne") a także, iż rozmawia tylko z osobami ciekawymi i inteligentnymi, a taką personą jest na przykład Jerzy Urban. Wzywał także wszystkich do dogłębnego zapoznania się z argumentami, jakie przedstawia w swojej obronie gen. Jaruzelski, vulgo: stały element dywersji politycznej Michnika („Generał to bardzo inteligentny człowiek"). Postępowa „babcia-fanka"  Michnika zapytała też, czy „napiłby się z Ojcem Tadeuszem albo Kaczyńskimi". Na oba „questiony"  Michnik odpowiedział twierdząco (mówiąc o Kaczyńskich: „Oni piją wino",  co wywołało salwę śmiechu w pomieszczeniu). Opowiedział również, iż pierwszy raz poznał redaktora naczelnego tygodnika „Nie"  będąc jeszcze nastolatkiem, potem jednak „ich drogi się rozeszły"  i następny raz spotkali się „dopiero przy Okrągłym Stole". Michnik powiedział potem, że w jego życiu były czasy „wojny i pokoju"  a obecnie są te drugie. Następny zgromadzony zadał pytanie, czy Michnik wycofuje się ze swoich słów, kiedy to nazwał gen. Kiszczaka „człowiekiem honoru". Redaktor naczelny „GW"  ewidentnie sfrustrowany obowiązkiem odpowiedzi na to pytanie, odesłał pytającego do materiałów archiwalnych „Gazety Wyborczej", w których to wyjaśnia on rzekome „nieporozumienie wynikające z jego słów". (Wywiad z Michnikiem i Kiszczakiem: http://serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34378,126489.html). Powiedział też, iż w czasie „wojny"  napisał swego czasu list do gen. Kiszczaka pełen inwektyw i mocnych słów, jednak po 1989 komuniści przepraszali go za wszystkie podłości i to w pełni mu wystarcza (sic!).

W czasie dyskusji Michnik palił papierosa i jak zwykle wkładał wiele ekspresji w swoje przemówienia. W toku wydarzeń wielokrotnie podchodzili do niego czytelnicy z prośbą o dedykacje dla nich lub kogoś bliskiego. Bardzo często prowokowany przez „babcię-fankę"  Michnik nie rezygnował również z okazji do drwin, ironicznych uwag, docinek tudzież „wycieczek osobistych"  względem prof. Zybertowicza („wielka gwiazda Torunia", na nic nie pokazuje dowodów"), Piotra Semki („wspaniały człowiek"), Rafała Ziemkiewicza („młoda gwiazda") czy Waldemara Łysiaka („płodny pisarz"). O dwóch ostatnich powiedział, że „wraz z przyjściem nowej władzy stali się sławni i popularni". Wspomniał także Michnik o wytoczeniu przez niego procesów o zniesławienie, m.in. „Gazecie Polskiej"  i Rafałowi Ziemkiewiczowi.

Dyskusja zakończyła się sporą ilością braw dla Adama M. (sam klaskałem, a co mi tam, było w końcu nieźle). Po jej zakończeniu można było sobie zrobić zdjęcia z bohaterem wieczoru (osobiście oczywiście się tego nie podjąłem, gdyż nie jestem dwulicowy i nie byłbym w stanie „rozdawać"  fałszywe uśmiechy osobie, za którą mówiąc eufemistycznie, nie przepadam). Moje wrażenia? Było naprawdę nieźle. Michnik sprawiał wrażenie osoby skromnej, otwartej i inteligentnej. Nie „robił za gwiazdę"  i zachowywał się bardzo naturalnie. Myślicie pewnie, że robię sobie jaja. Wcale nie. Wyobraźcie sobie, że naprawdę sprawiał takie wrażenie (mam nadzieję, że prawicowcy się na mnie nie obrażą...). Co nie zmienia faktu, iż jeśli chodzi o opcję światopoglądową, linię polityczną i środowisko, które reprezentuję, dalej przebywa on u mnie na jednym z ostatnich miejsc wśród person, które szanuję, lubię i podziwiam. Dobrze jest jednak się spotkać i wymienić poglądy. Co polecam serdecznie tym co bardziej zacietrzewionym tudzież zapalczywym lewakom i antykomunistom. Najlepszym komentarzem niech będą słowa, które napisał Michnik w kronice księgarni: „Gratuluję świetnej atmosfery”.

Zdjęcia ze spotkania: http://www.matras.pl/michnik_0611.php

20:42, deco101
Link Komentarze (3) »
niedziela, 26 listopada 2006
Gronkiewicz-Waltz prezydentem Warszawy

Hanna Gronkiewicz-Waltz

Hanna Gronkiewicz-Waltz, kandydatka Platformy Obywatelskiej, według pierwszych powyborczych sondaży została dziś wybrana na fotel prezydenta stolicy. Jak wynika z badań przeprowadzonych przez GfK Polonia dla TVP i „Dziennika", uzyskała ona w II turze wyborów 52,8 procent poparcia. Kandydat PiS, Kazimierz Marcinkiewicz, otrzymał 47,2 procent. Według tejże sondażowni również, frekwencja w Warszawie wyniosła 53,2 procent.

W innych wielkich miastach zwyciężyli: w Krakowie Jacek Majchrowski (popierany przez Lewicę i Demokratów, 61,2 procent), w Łodzi Jerzy Kropiwnicki (kandydat PiS, 54,8 procent), w Poznaniu Ryszard Grobelny (niezależny, 56,3 procent), a w Białymstoku Tadeusz Truskolaski (kandydat PO, 68,3 procent).

Należy dodać, iż są to jak na razie tylko wstępne, sondażowe wyniki II tury wyborów samorządowych na prezydentów miast. Różnice wszakże wydają się być znaczące. Dokładne i szczegółowe wyniki wyborów poda jutro Państwowa Komisja Wyborcza.

23:15, deco101
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 listopada 2006
Sonda nr 1: Czy Platformie Obywatelskiej grozi rozłam?

Sonda

W związku z ostatnimi konfliktami w Platformie Obywatelskiej po poparciu kandydata PiS na prezydenta Krakowa udzielonym przez Jana Rokitę, postanowiłem zrobić sondę, która powinna wykazać tout court jakie jest Wasze zdanie na temat tego faktu. Czy był to tylko incydent, czy też możemy się spodziewać w niedługim okresie czasu rozłamu w tej partii?

Gorąco zachęcam do głosowania.
    

    


     

     
14:45, deco101
Link Komentarze (1) »
piątek, 17 listopada 2006
Solorz współpracował z SB

Zygmunt Solorz

Zygmunt Solorz, właściciel telewizji Polsat, w latach 80. podpisał zobowiązanie do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Taką informację podało wczoraj „Życie Warszawy", powołując się na teczkę biznesmena znalezioną w IPN-ie. Laureat „Super Wiktora"  (cóż za zaszczytne wyróżnienie!!!) został zwerbowany do współpracy z wywiadem w 1983 roku i był tam zarejestrowany przez dwa lata pod enigmatycznym pseudonimem „Zeg".Zobowiązanie do współpracy z SB

Ja, Zygmunt Solorz (Krok), zobowiązuję się zachować w tajemnicy fakt współpracy z oficerem SB. Zobowiązuję się wykonywać ustalone ze mną polecenia. Informacje będę podpisywać 'Zegarek'"

Majątek Zygmunta Solorza (mającego wykształcenie średnie techniczne!!!), szacuje się na 3,5 miliarda złotych bądź na dwa miliardy dolarów. Najbogatszy Polak (zdaniem polskojęzycznej edycji miesięcznika „Forbes") tudzież jeden z najbogatszych Polaków (zdaniem tygodnika „Wprost") oczywiście broni się, w typowy zresztą dla ludzi oskarżanych o współpracę z SB przed rokiem 1989 sposób: „takie były czasy", „podpisywałem, bo musiałem"  etc. etc. Jeden cytat, tak „dla smaku": „Podpisałem to, co mi SB kazało podpisywać. Nie czuję się jednak winny, bo na nikogo nie donosiłem i nikomu nie zaszkodziłem". No ba.

Z „Życia Warszawy"  (które nie należy zresztą do gazet uznawanych przez salonowców za „oszołomskie", „prorządowe"  etc.) dowiadujemy się ponadto, że „z notatek operacyjnych funkcjonariuszy SB wynika, iż obecny właściciel Polsatu podpisał nawet umowę «o współpracy ze Służbą Wywiadu», w której z «pobudek patriotycznych zobowiązywał się do wykonywania zadań zleconych przez wywiad»W zamian SB gwarantowała mu szkolenia wywiadowcze, zwrot kosztów i utrzymanie tajemnicy". (http://haribu.blog.onet.pl/2,ID149971324,index.html) „W wyniku umowy Z. Solorz zobowiązuje się wykonywać w miarę możliwości zlecone mu przez Służbę Wywiadu PRL zadania dotyczące rozpoznania instytucji, organizacji i osób (...)"  - to z kolei fragment zobowiązania do współpracy z wojskowymi służbami specjalnymi PRL. Na końcu dowiadujemy się m.in., że Solorz otrzymał zapewnienie o finansowych świadczeniach wypłacanych mu w zamian za przekazywane informacje: „Służba Wywiadu PRL w przekonaniu, że p. Z. Solorz będzie lojalnie i z zaangażowaniem realizował postawione przed nim zadania i zobowiązuje się do: szkolenia i instruowania w zakresie niezbędnym do realizacji zadań, refundowania kosztów finansowych poniesionych w związku z realizacją zadań oraz wynagradzania w formie premii, których wysokość uzależniona będzie od wartości przekazywanych informacji, zachowania ze swej strony pełnej konspiracji faktu współpracy (...)" - napisano w dokumencie podpisanym przez Solorza i przedstawiciela Służby Wywiadu PRL. Wspaniale!

Niektóre gazety informują ponadto, iż właściciel Polsatu był również agentem Wojskowych Służb Informacyjnych po 1989 roku: „Po 1989 roku został agentem WSI o pseudonimie ZEG",  cieszył się wsparciem służb specjalnych w działalności gospodarczej"  a jego „współpraca z wywiadem wojskowym PRL i z WSI została podjęta zupełnie dobrowolnie i z wyrachowaniem".  Bomba!

Po raz kolejny („po agencie Suboticiu") okazało się więc, że Polską wcale nie rządziły przez ostatnie 17-lecie Michniki, Waltery, Solorze et consortes. III RP wcale nie jest (bo IV RP na razie nie ma), państwem oligarchów, kliki nie są wcale wpływowe, polityczno-ekonomiczne koterie to wymysły „oszołomów", a postkomunistyczne tałatajstwo wcale nie istnieje. Oczywiście nie muszę dodawać, że III RP nie była również, jak to powiedział Wildstein, państwem „odgórnie narzuconych pseudoautorytetów". Jak on w ogóle śmiał tak nazwać nasze rodzime „autorytety moralne" ???

Post scriptum: znalazłem w starym „Dzienniku" (21-22.10.2006) bardzo interesujący (choć dla mnie osobiście dość oczywisty, jeśli chodzi o samą treść i wymowę) fragment felietonu Piotra Zaremby pt. „Michnik - nienasycony kolekcjoner ludzi": Biznesmeni to ważna (...) część jego [Michnika przyp. red.] kolekcji ludzi, których poznał i z którymi pił wódkę lub przynajmniej kawę. Co więcej, kontakty z niektórymi z nich wydają się czymś innym niż tylko spełnieniem towarzyskiego marzenia o wspólnej pogawędce. Z Zygmuntem Solorzem nie tylko przeszedł na ty, ale zwracał się do niego jego dawnym imieniem Piotr", które medialny magnat o niejasnej przeszłości rezerwuje dla najbliższych przyjaciół". Pewnie dla Urbana. Albo Kiszczaka. Swoją drogą bardzo ciekawy to wywiad (biorąc pod uwagę oczywiste na dzisiaj informacje o Solorzu) dla osób, które uważają „Gazetę Wyborczą"  za niezależną i nietendencyjną gazetę (czy tacy jeszcze w ogóle są???), a Polsat za niezależne medium. Bo jak wiadomo to przypadek, że Michnik był wielokrotnie broniony w „Wydarzeniach"  na Polsacie a zarówno tę telewizję (w średnim stopniu) jak i „GW" (w ogromnym stopniu) charakteryzuje, mówiąc najbardziej eufemistycznie jak można, niebywały wręcz „sceptycyzm"  wobec lustracji, dekomunizacji i partii rządzącej...

18:09, deco101
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 listopada 2006
Wywiad z Januszem Kurtyką

Janusz Kurtyka

Przedstawiam Wam bardzo ciekawy wywiad z prezesem Instytutu Pamięci Narodowej Januszem Kurtyką, który ukazał się dwa tygodnie temu w Dzienniku Polskim":

Dlaczego archiwa po byłej Służbie Bezpieczeństwa wciąż budzą takie emocje? 

Z dwóch powodów - merytorycznego i technicznego. Po pierwsze - dotyczą wrażliwych, historycznie i społecznie, spraw z okresu dyktatury komunistycznej, po drugie - dostęp do nich jest limitowany, mimo iż w większości są jawne. A zatem w przypadku pojawienia się w mediach szczątkowych informacji, a niekiedy pogłosek lub plotek, ich szybka weryfikacja jest trudna. W świetle obowiązujących przepisów Instytut Pamięci Narodowej ma prawo publikować informacje z tych archiwów tylko w dwóch przypadkach - w postaci badań naukowych lub poprzez udostępnienie informacji osobom, którym przyznano status pokrzywdzonego. Zatem jeśli toczy się burzliwa dyskusja medialna, nie ma prawnej możliwości, aby IPN w jednoznaczny sposób mógł ją przeciąć inaczej niż poprzez publikację naukową. Te materiały budzą ponadto emocje, bo epoka totalitarnej PRL odcisnęła silne i szkodliwe piętno na każdym elemencie życia społecznego. Skutki tego przeorania społeczeństwa trwają i nie mogą zostać usunięte w ciągu kilku lat, lecz raczej w ciągu pokolenia. Środowiska i grupy społeczne, które były kiedyś - choćby przez pewien czas - zapleczem rządów komunistycznych, wciąż istnieją. Dyskusja o tym, czym była PRL, jest jeszcze de facto przed nami. Państwo powinno patrzeć na tę epokę z punktu widzenia suwerenności i niepodległości, a to dla wielu środowisk może być trudne.

Jeśli wejdą w życie nowe przepisy dotyczące zasobów archiwalnych IPN i lustracji, czy pozwolą instytutowi na większą otwartość? Łatwiej będzie oddzielić katów od ofiar?

Jeżeli prezydent ustawę zaakceptuje, będziemy mieli nowe jakościowo rozwiązanie. Gdybym miał oceniać tę ustawę w najkrótszy sposób, powiedziałbym, że kreuje jawność za cenę rezygnacji z penalizacji. Fakt współpracy z reżimem komunistycznym w postaci tajnej, agenturalnej, nigdy nie był zresztą karalny - konsekwencje groziły tylko za kłamstwo lustracyjne. Natomiast po zmianie przepisów informacja o tym, jakie dokumenty bezpieki zachowały się na temat konkretnej osoby, będzie znana publicznie (w różnych przypadkach mogą to być dokumenty ukazujące tak agenturalność, jak i przyzwoitość lub wręcz bohaterstwo), jeżeli osoba ta zajmuje wymienione w ustawie stanowisko lub wykonuje zawód zaufania publicznego. Wedle ustawy jawność jest ważniejsza od karania. Jawność jest ostatnim krokiem, jaki możemy uczynić, by w skali społecznej oceniać system komunistyczny. Ustawa pozwala na oddzielenie oprawców od ofiar. W zaświadczeniach, o jakie będą się zwracać do IPN osoby publiczne, zostanie odnotowane, czy ktoś był represjonowany lub rozpracowywany przez SB, czy był jej funkcjonariuszem lub był traktowany jako jej współpracownik. Nadal będą też ścigane zbrodnie komunistyczne, poszerzono nawet ich katalog o przestępstwo fałszowania dokumentów. Wadą ustawy może okazać się szeroki krąg osób nią objętych oraz konieczność stworzenia przez IPN listy osób traktowanych przez bezpiekę jako osobowe źródła informacji. To rodzi wiele problemów metodologicznych.

Czyli wbrew temu, co sądzą przeciwnicy lustracji i temu, co napisała niedawno dziennikarka "Gazety Wyborczej", nie wszyscy staniemy się osobowymi źródłami informacji, wśród których będą i cenzorzy, i artyści, których utwory cenzurowano?

Ten komentarz dowodzi całkowitej niewiedzy autorki. Pojęcie OZI obejmuje różne kategorie formalnych współpracowników struktur bezpieki, nie dotyczy natomiast ludzi przesłuchiwanych (i zeznających w śledztwie) lub rozpracowywanych, nie dotyczy też cenzorów. Faktem jest natomiast, że jeżeli mówimy o tajnej współpracy z bezpieką, trzeba rozróżniać werbunek i samą współpracę. Źródła bezpieki z wielką dozą pewności pozwalają zidentyfikować OZI, czyli osoby, które zostały zwerbowane, wyraziły zgodę na współpracę i wiedziały, z kim się kontaktują. OZI to na przykład każdy zwerbowany agent (tajny współpracownik). Czym innym jest sama współpraca, bo mamy do czynienia z różnymi postawami. Stosunki funkcjonariusza bezpieki z jego tajnymi współpracownikami były indywidualne, każdy przypadek inny. Ten, kto widział te akta, potrafi wymienić przypadki zrywania owocnej współpracy na przykład przy okazji polskich przełomów lat 1956, 1968, 1970, 1980-1981, ale i przypadki zdrady kraju, rodziny, środowiska, wreszcie przypadki unikania faktycznej współpracy mimo przyjęcia zobowiązania. Z drugiej strony, potrafimy wskazać ślady długotrwałej współpracy nawet wtedy, gdy zniszczona została teczka pracy TW, choć praktyka orzecznictwa lustracyjnego taką osobę zapewne uwolniłaby od zarzutu kłamstwa lustracyjnego.

Współpracę z SB zerwał Leszek Moczulski, który prawomocnym wyrokiem został uznany za kłamcę lustracyjnego. Ma też jednak w swym życiorysie piękną opozycyjną kartę.

Myślę, że nikt nie miałby do Leszka Moczulskiego pretensji, gdyby zrelacjonował okres uwikłania we współpracę i okoliczności jej zerwania. Za to i za podjęcie działalności opozycyjnej płacił później cenę nieustannej inwigilacji, więzienia i nękania przez SB. Pamiętając o okresie uwikłania, powinniśmy też pamiętać o późniejszej aktywności Moczulskiego jako lidera KPN. System totalitarny dramatycznie deprawował lub łamał wiele osób, uwikłanym nakazywał i dawał możliwość niszczenia ludzi uczciwych w ich otoczeniu, zaś tych, którzy próbowali wyjść z uwikłania, zmuszał do podejmowania dramatycznych wyborów. Polska powinna zmierzyć się z tą przeszłością, bo komunizm głęboko ingerował w tkankę społeczną narodu. Tylko w ten sposób możemy pozbyć się złych w skali społecznej skutków tej przeszłości. Powinniśmy też pamiętać, że ofiarami nie byli agenci (czy szerzej OZI), tylko ci, którzy przez bezpiekę z udziałem OZI byli rozpracowywani.

Jednak wiele osób nie rozumie, co to znaczy, iż ktoś był przez SB traktowany jako OZI. Zyta Gilowska prawdopodobnie znajdzie się na liście osobowych źródeł, choć sąd nie uznał jej za kłamcę lustracyjnego, nawet jeśli nie kwestionował przedstawionych przez rzecznika interesu publicznego dowodów źródłowych wskazujących na współpracę. Z drugiej strony, powiedział Pan kiedyś, że w myśl obowiązujących przepisów generał Jaruzelski prawdopodobnie dostałby status pokrzywdzonego. To sprawiedliwe?

Na temat pani Gilowskiej nie będę się wypowiadał, bo trwają jeszcze procedury sądowe. Mamy wyrok i jego obszerne uzasadnienie, zaś obie strony zapowiedziały odwołanie. Przypadek generała Jaruzelskiego, zupełnie inny, wiąże się ze statusem pokrzywdzonego w rozumieniu obowiązującej ustawy o IPN. Po wyroku Trybunału Konstytucyjnego z 2005 roku jestem tego statusu przeciwnikiem. W konsekwencji tego orzeczenia IPN przy określaniu statusu pokrzywdzonego zobowiązany jest do przeprowadzenia postępowania de facto lustracyjnego w trybie prawa administracyjnego, ale z zastosowaniem dotychczasowego orzecznictwa lustracyjnego. Efekty będą takie, iż szybko okaże się, że osoby autentycznie pokrzywdzone będą miały przyznawany przez IPN taki sam status jak osoby współpracujące z bezpieką, których dokumentacja została na tyle zniszczona, że potrafią wybronić się w świetle procedur obowiązujących w postępowaniach lustracyjnych. Mimo iż historyk czy archiwista, który zna te materiały i mechanizmy funkcjonowania bezpieki, wie, że taka osoba musiała z nią współpracować. Domniemanie niewinności zamieni się w obowiązkowe "domniemanie cnoty" w postępowaniu administracyjnym w IPN. Instytut oczywiście powinien wykonywać obowiązujące prawo i - zgodnie z wyrokiem trybunału - udostępniać dokumenty wszystkim. Natomiast nie powinien wartościować, o ile to mogłoby kreować fałszywych bohaterów. Chciałbym, aby instytut nie uczestniczył w stwarzaniu fałszywego porządku moralnego, gdzie donosiciele, którym się udało, bo zniszczono materiały na ich temat, będą mieszani z pokrzywdzonymi. Właśnie dlatego jestem przeciwnikiem tego statusu.

Czy historyk IPN to niebezpieczny zawód? Ktoś, kto znajduje w archiwum informacje o agenturalnej przeszłości ważnej postaci z kręgu opozycji demokratycznej czuje się chyba trochę jak saper?

To się zdarza każdemu uczciwemu historykowi, nie tylko z IPN, który wykorzystuje w pracy archiwalia przejęte po bezpiece. Rzeczywiście to sytuacje wymagające cywilnej odwagi. A w roku 2006 wydaliśmy niewiele mniej zezwoleń na dostęp do materiałów archiwalnych dla celów naukowo-badawczych niż w ciągu całego ostatniego pięciolecia.

Zniechęcić do ujawniania pewnych materiałów na temat bohatera opozycji mogą protesty znajomych takiej osoby. Tak było w przypadku artykułu prasowego i ocen rozmów prowadzonych w czasie przesłuchań przez Jacka Kuronia, nawet jeśli nikt nie zarzucił mu agenturalnej przeszłości. Zatem przeszłości autorytetów lepiej nie ruszać, bo ludzie nie są na to gotowi?

Ludzie czy niektóre środowiska?

Środowiska bliskie takiemu autorytetowi.

Jacek Kuroń był wybitnym przedstawicielem jednego z odłamów polskiej opozycji demokratycznej i jednym z przywódców polskiego marszu do wolności. Przeszedł skomplikowaną drogę ideową, u początku której była komunistyczna ortodoksja, a na końcu - stanowisko ministra niepodległej Rzeczypospolitej. Dokumenty, które opublikowano w "Arcanach", są zapisem realizacji przez niego koncepcji politycznej, która nie może dowodzić uwikłania. Można natomiast ją oceniać. Skutki jej realizacji też mogą być oceniane przez historyków i tych, którzy chcą uczestniczyć w debacie o rezultatach tej polityki. Może to dziwne, ale w 2006 roku musimy przypominać, iż mamy wolność badań naukowych, swobodę wypowiedzi i dyskusji. Ta wolność obejmuje wszystkich.

Skoro - jak rozumiem - uważa Pan, że i historycy, i dziennikarze mają prawo do własnej, także niesprawiedliwej, oceny pewnych wydarzeń, prawo do błędu, a nie tylko do analizowania dokumentów dotyczących wielkich postaci na kolanach, to ile lat będziemy czekać na książkę o Lechu Wałęsie, która nie będzie hagiografią, co nie oznacza kwestionowania jego zasług?

Taka książka może powstać nawet teraz. Źródła, które mogłyby być jej podstawą, są już jawne i dostępne.

Czy politycy tak boją się mediów, że uznali, iż dziennikarz lokalnej gazetki jest tak samo ważny jak premier i minister, a ważniejszy od prezydenta miasta i dlatego będzie lustrowany w pierwszej kolejności? Może politycy chcieli ukarać media za nieprzychylne im materiały?

Taka opinia jest nieuprawniona. Najbardziej wpływowe media rzeczywiście są czwartą władzą, mają moc kreowania wydarzeń i wpływania na nie, a także kreowania oceny ludzi. Jeżeli zatem dziennikarze ferują wyroki, które mogą oznaczać czyjąś śmierć cywilną, sami powinni być poddani weryfikacji - czy mają moralne prawo posiadać taką władzę. Nadrzędna wartość, jaką jest wolność słowa powinna być realizowana przez osoby wiarygodne. To, co dotyczy wielkiej polityki w Warszawie czy Krakowie, może też dotyczyć mniejszej polityki na szczeblu miasta czy nawet wsi.

Czy dzięki likwidacji Wojskowych Służb Informacyjnych uda się przejąć akta, których do archiwów IPN nie przekazano?

Zdecydowanie tak. Objęcie funkcji likwidatora i weryfikatora kadr WSI przez Antoniego Macierewicza, który jest teraz szefem Służby Kontrwywiadu Wojskowego, i powołanie na szefa Wywiadu Wojskowego Witolda Marczuka znacząco przybliżyły moment pełnego wykonania ustawy. Znalazły się archiwalia, które powinny trafić do IPN, a wcześniej nie trafiły. Zamiast znaleźć się w zbiorze zastrzeżonym, były przetrzymywane przez WSI. Przed nami jednak jeszcze wiele pracy przy przeglądzie zbioru zastrzeżonego.

IPN to nie tylko sprawy lustracyjne. Instytut bierze na przykład udział w wielkim projekcie liczenia ofiar wojny. A jednak to głównie teczki rozpalają wyobraźnię wielu osób. Dlaczego?

To pytanie do dziennikarza. Instytut znakomitą większość swej aktywności poświęca sprawom niezwiązanym z teczkami. Wydajemy książki, prezentujemy wystawy, prowadzimy działalność edukacyjną, staramy się kreować wydarzenia kulturalne. "Biuletyn IPN" ostatnio trafia do nauczycieli historii w gimnazjach i liceach. Instytut - to też ściganie zbrodni hitlerowskich i komunistycznych. Najwyraźniej media uznają, że to codzienne obowiązki i jeśli IPN dobrze je wypełnia, nic ciekawego się nie dzieje. Teczki bywają materiałem sensacyjnym i - zgodnie z naturą mediów - budzą zainteresowanie. Nie bardzo nam się to podoba, ale musimy godzić się z rzeczywistością. Tym bardziej że nasza działalność naukowa i edukacyjna obliczona jest na długi dystans.

Nie czuje się Pan pierwszym lustratorem IV RP, skoro wygląda na to, że lustracja spadnie w dużej mierze na barki IPN?

Instytut nie jest obecnie instytucją lustracyjną, zaś jeżeli nowe prawo wejdzie w życie, postaramy się najlepiej jak potrafimy robić to, co będzie naszym obowiązkiem. Chcemy, by realizacja nowych zadań była połączona z procesem rozpoznawania i opracowywania źródeł. Będziemy mogli intensywniej udostępniać zbiory, m.in. dzięki ich digitalizacji.

Czy wie Pan, że znalazł się Pan na liście 50 najbardziej wpływowych osób w kraju, według tygodnika "Wprost"?

Nie wiem, nie czytałem tego artykułu.

Mnie pozostaje jedynie życzyć Kurtyce szczęścia w realizacji jego  misji", bo jak wiadomo w związku z podpisaną 3 dni temu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego ustawą lustracyjną (która będzie następnie znowelizowana), lustracja  „spadnie na barki IPN", a precyzyjniej mówiąc na odzielny pion lustracyjny IPN. Wreszcie po 17 latach Polacy doczekają się rozliczeń, odkupienia win, których to Unia Wolności i jej emanacje (Unia Demokratyczna, Kongres Liberalno-Demokratyczny et consortes), przez cały ten okres czasu zamierzały nie tylko uniemożliwić, ale  i wręcz  wyrwać z korzeniami", nazywając  polowaniem na czarownice",  nienawiścią"  etc. etc. Atakowano („GW")  nawet Herberta:alkoholik",  „wariat",  „potwór Minotaur", stevensonowski wampir Hyde",  „malał w żenujący sposób", oskarżenia o agenturalną przeszłość (sic!). Jak napisał niedawno Dziennik":  „Kłamcy lustracyjni mają spokój tylko do lutego. Wtedy wejdzie w życie nowa, bardziej restrykcyjna ustawa".

18:41, deco101
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 listopada 2006
Podsumowanie „szafy Lesiaka”

płk. Jan Lesiak

Jako podsumowanie niech posłuży kilka cytatów oszołomów",  które jak ulał oddają to, co mam w sprawie szafy Lesiakado powiedzenia:

„Oszołom"  Rafał Ziemkiewicz: „Służby specjalne zajmowały się nękaniem legalnie działającej opozycji politycznej, jej "dezintegrowaniem", wedle dokładnie tych samych wzorców, jakie stosowały w peerelu. Żadne państwo demokratycznie nie może czegoś podobnego rozgrzeszyć". (...) Ujawnione dokumenty mówią tylko o szukaniu "haków", rozpuszczaniu pogłosek, werbowaniu agentury do rozbijania partii od środka. Ja pamiętam, że działo się wtedy więcej - były jak w peerelu i telefony z pogróżkami, i podcinane przewody hamulcowe w samochodach, i wbijane w opony metalowe kołki (taki kołek, jak wyjaśniał mi wtedy fachowiec, jeśli się go umiejętnie wbije, rozgrzewał się w czasie jazdy i przy dużej prędkości powodował nagłe pęknięcie opony). Podsłuch, znaleziony w redakcji "Gazety Polskiej", widziałem na własne oczy i nie mam wątpliwości, że nie założyła go konkurencyjna gazeta. Fakt, że odpowiada za to wszystko (choć jeszcze, wierzę, okaże się, w jakim stopniu) legendarny przywódca "Solidarności", który takimi właśnie metodami, jako nowy "ojciec chrzestny" takich właśnie ludzi, umyślił sobie rządzić wolną Polską i rozprawiać się przeciwnikami politycznymi to już tylko dodatkowy aspekt całej sprawy. (...) Tu nie chodzi o martyrologię. To sprawa elementarnego porządku w państwie i elementarnego ładu prawnego. Wałęsa kręci dziś i posuwa się do oskarżeń, że to Kaczyński inwigilował sam siebie, Milczanowski w oczy zaprzecza, choć na papierach są jego odręczne podpisy - to może i normalne. Ale mierna reakcja Platformy i sympatyzujących z nią mediów zdumiewa." (Cały artykuł: http://fakty.interia.pl/felietony/ziemkiewicz/news/szafa-pelna-trupow,800630)

„OszołomRomuald Bury: „To, co widzimy wokół  [Szafy Lesiaka przyp. red.], to tylko efekt fundamentalnych zaniedbań poprzednich ekip, oględnie mówiąc – przeświadczonych o skutecznosci „grubej kreski” i stojących na stanowisku, że wszystko ulegnie przedawnieniu i zapomnieniu. Z formalnego punktu widzenia – tak, wiele spraw uległo bądź ulega przedawnieniu i nie da się zamknąć w ścisłych ramach prawnych. (...) Lesiak kierował zespołem, który miał praktycznie nieograniczone niczym pole działania, którego służbowe zachcianki musiał nie tylko tolerować, ale i wspomagać jego formalny przełożony – cywilny szef UOP. Materiały, gromadzone (i zapewne w jakiejś części preparowane) przez zespół płk. Jana Lesiaka w latach 1993-1997, służyły kolejnym ekipom rządzącym do zakulisowych rozgrywek, o których zresztą wiemy, jak dotąd, szczególnie mało. Szafa okazała się całkiem pojemna, przecież co chwila odkrywane sa nowe, nie mniej rewelacyjne materiały, poupychane gdzieś po kątach dawnego UOP-u. Trzeba zadać sobie pytanie, jak to się stało, że taki zespół mógł być powołany, mógł uzyskać niezwykle szczelną ochronę, mógł działać metodami pozaprawnymi i nikt, jak dotychczas, nie poniósł żadnych konsekwencji? A już całkiem wyjątkową sprawą jest fakt, że nowe, wywodzące się z „opozycji demokratycznej” władze taki zespół powołały, korzystały z jego usług i postawiły na jego czele funkcjonariusza SB, doszczętnie skompromitowanego działalnością do 1989 roku, wymierzoną w zwalczanie tejże opozycji. (...) Dziś już przecież wiemy, że Jan Lesiak był tym funkcjonariuszem SB, którego jego szef gen. Czesław Kiszczak wytypował (być może osobiście), do potajemnych kontaktów z Jackiem Kuroniem, niekwestionowanym przywodcą środowiska postkorowskiego. Wiemy też, że w ramach opozycji od lat 70-tych narastała rywalizacja między nurtem niepodległościowym, dążącym do całkowitego uniezależnienia Polski od sowieckiego imperium i nurtem rewizjonistycznym (który sam nazwał się dla kamuflażu, „opozycją demokratyczną”). Jak dotąd, nikt nie zarzucił niepodległościowcom stosowania metod niegodziwych wobec „konkurencji”, matomiast istnieje wystarczająco dużo świadectw, że odwrotne praktyki były na porządku dziennym. Zresztą, po ujawnieniu części protokołów z rozmów (negocjacji?) Kuronia z Lesiakiem nie ma co do tego wątpliwości – Kuroń po prostu żądał wyłączności dla siebie i swego zaplecza w negocjowaniu z władzami PRL, kosztem innych środowisk. I w ostatecznym efekcie to mu się udało, czego skutkiem był okrągły stół, gdzie z jednej strony brylował „człowiek honoru” gen. Czesław Kiszczak, z drugiej zaś Jacek Kuroń. Można postawić tezę, że Kuroń docenił szczególne talenty swego partnera z SB, Jana Lesiaka i umożliwił mu miękkie lądowanie w III RP. Przypomnijmy, że przecież Lesiak został negatywnie zweryfikowany jako całkowicie nieprzydatny do służby dla nowego państwa, ale z poparciem ojca neo-PRL (bo tak należałoby nazwać Jacka Kuronia) jego kariera uległa przyśpieszeniu. W tym sensie Kuroń był niewątpliwie ojcem chrzestnym Lesiaka, który z takim poparciem mógł czuć się wyjątkowo pewnie, że nikt go nie ruszy."  (Cały artykuł: http://www.polskiejutro.com/art.php?p=8933)

„Oszołom"  Mirosław Kokoszkiewicz: „Takiej demokracji jak u nas ze świecą szukać w innych krajach. Choć wielu oszołomów twierdziło i twierdzi, że towar ten otrzymaliśmy w 1989 r w wersji mocno reglamentowanej to takie postrzeganie historii należy jak najszybciej między bajki włożyć. Stary esbek Lesiak w przypadku powrotu do władzy Lecha Wałęsy może liczyć nawet na Orła Białego. Dołączyłby wówczas do takich kawalerów tego odznaczenia jak Kuroń czy Geremek. To właśnie w tych gremiach decydowano przecież, kto jest słuszną i konstruktywną opozycją, a kogo w imię demokracji po polsku trzeba niszczyć starymi i wypróbowanymi przez UB i SB metodami. Szczypię się w policzek od kilku dni i wszystko na to wskazuje, że nie jest to żaden sen. W najlepsze trwa w polskich "wolnych" mediach festiwal przestępcy esbeka Lesiaka. Zakazana gęba łotra zasiadającego wśród swoich ofiar we wszystkich "niezależnych" stacjach telewizyjnych to obraz, z którym nie mogę się jakoś oswoić, a przecież o to chyba w tym wszystkim chodzi, aby przekaz ten stał się dla wszystkich swojski. Gwiazda polskich służb w przerwach między rozprawami sądowymi, gdzie występuje jako oskarżony, miota oskarżenia na prześladowanych przez siebie polityków, dyskutuje, ripostuje. Ofiary próbują się bronić, lecz nie jest jednak pewne, czy uda im się wywinąć z gąszczu zarzutów. Lesiak od rana do wieczora przypudrowany i w stanie najwyższej gotowości przemieszcza się od studia do studia i od redakcji do redakcji. Tam z wyrazami najwyższego szacunku i uznania dyskutuje jak równy z równym ze swoimi ofiarami. Chyba tylko tacy naiwniacy jak ja dziwią się temu niesmacznemu widowisku. Przecież ustalenia zawarte przy okrągłym stole musiały mieć swoich bohaterskich strażników, którzy bez fleszy aparatów fotograficznych i kamer telewizyjnych w codziennym mozole dbali o to aby demokracja w Polsce miała uzgodniony kształt. Każdego dnia rzesza bezimiennych Lesiaków w imię demokracji wymyślonej przez Kiszczaka, Jaruzelskiego, Geremka, Michnika i Kuronia głowiła się nad wymyślnymi prowokacjami, zastraszeniami, włamaniami i tajemniczymi wypadkami. Dzisiaj przychodzi czas kiedy możemy wyrazić wdzięczność tym wszystkim cichym, nieco zapomnianym bohaterom. Pułkownik Lesiak ma tylu obrońców i wielbicieli, że noblista Wałęsa i jego wierny giermek Wachowski nie są tu wyjątkami. Kiedyś Jacek Żakowski w programie "Warto rozmawiać" powiedział, że Jacek Kuroń zasługuje na pomniki tak samo jak Jan Paweł II, gdyż są to postacie tego samego formatu. Ja poszedłbym o krok dalej i jako symbol III RP wzniósł w centrum Warszawy pomnik nowego bohatera naszych czasów pułkownika Lesiaka. Myślę, że światły naród polski stać na taki gest. TVN jako pierwszy powinien wyłożyć pieniądze na ten wzniosły cel i nazwać się przy okazji Telewizją im. płk. Jana Lesiaka. Kto wie, może w niedługim czasie obejrzymy program w którym bitwę na argumenty stoczą biznesmen Mazur z żoną i dziećmi zamordowanego generała Papały? Być może TVN zorganizuje szoł, w którym racje swoje wyłoży psycholog Samson otoczony molestowanymi dziećmi i ich rodzicami? Wszystko przed nami."  (Cały artykułhttp://prawica.net/node/4946)

„OszołomJanusz Korwin-Mikke: „Niektóre dokumenty  [w Szafie Lesiaka przyp. red.] zamieszczane są po 5 (pięć!) razy w bardzo ładnych i czytelnych kserokopiach. Dzięki temu leniwi żurnaliści skupiają się na informacjach o kocie Jarosława Kaczyńskiego imieniem Buś - oraz innych efektownych, a mało istotnych dokumentach. Są ciekawsze. (...) Tymczasem w szafie Lesiaka"  (...) jako partie „zagrażające porządkowi prawnemu III RP" figurują PC, RdR, jakieś kanapy, o których nigdy nawet nie słyszałem, ogólnie tzw. oszołomy."  (Cały artykułhttp://www.nczas.com/?a=show_article&id=3385)

„Oszołom"  Piotr Lisiewicz: „Sprawdzić, czy Jarosław Kaczyński miał narzeczoną i dlaczego się z nią rozstał, albo czy nie jest homoseksualistą - taka dyrektywa pojawia się w papierach tzw. zespołu Lesiaka, który w czasie inwigilacji prawicy miał doprowadzić do eliminacji lub - jeśli się nie uda - marginalizacji politycznego środowiska Kaczyńskich. Obelżywą, kłamliwą plotkę o rzekomym homoseksualizmie obecnego lidera PiS ludzie Urzędu Ochrony Państwa kolportowali w ramach służbowych obowiązków. Podobnie jak pracownicy białoruskiego prezydenta Aleksandra Łukaszenki, którego propaganda głosi, że homoseksualistami są działacze demokratycznej opozycji. Choć Kaczyńscy bywali zwalczani metodami zbliżonymi do tych, jakie wobec opozycji stosuje białoruski reżim, w III RP rzadko mogli liczyć na obronę ze strony mediów i autorytetów. A duża część wręcz brała w atakach udział. (...) Kopia fałszywki  [lojalki Jarosława Kaczyńskiego przyp. red.]  odnalazła się w szafie płk. Jana Lesiaka, odpowiadającego za inwigilację prawicy. Znaleziono tam też próbki pisma Kaczyńskiego, którymi próbowano uprawdopodobnić autentyczność dokumentu. (...) Powodem brutalnych ataków na Kaczyńskich był konflikt z najsilniejszymi na scenie politycznej siłami. Nie tylko komunistami, ale także z tymi środowiskami z dawnej „Solidarności”, które poszły z nimi na układy. (...) Najostrzejsze działania przeciwko Kaczyńskim i ich politycznym sojusznikom podjęte zostały w czasie tzw. inwigilacji prawicy, po obaleniu wspieranego przez PC rządu Jana Olszewskiego. (...) Działania zespołu Lesiaka przyniosły częściowy sukces. PC znalazło się na marginesie sceny politycznej. Brakowało pieniędzy na opłacenie rachunków. (...) W latach 1991-1997 w gabinecie szefa UOP działała grupa pod nazwą Zespół Inspekcyjno-Operacyjny. Szefem zespołu był Jan Lesiak, były funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa. Lesiak od drugiej połowy lat 70. pracował w Departamencie III Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, zajmującym się działalnością opozycji. Rozpracowywał Komitet Obrony Robotników. W 1990 r. został negatywnie zweryfikowany, jednak uwzględniono jego odwołanie. Byłymi funkcjonariuszami SB byli także najbliżsi współpracownicy Lesiaka. Według pokrzywdzonych, którzy widzieli akta inwigilacji prawicy, jej inspiratorami byli ludzie związani z kancelarią Wałęsy z wszechwładnym Mieczysławem Wachowskim. (...) Sprawę inwigilacji prawicy nagłośnił w 1997 r. Zbigniew Siemiątkowski, eseldowski koordynator ds. służb specjalnych. Jak ujawnił, ludzie Lesiaka analizowali, jak skutecznie skłócić liderów tych partii. Podjęli też działania mające na celu ich kompromitację. Plan dotyczący Jarosława Kaczyńskiego liczył około 30 punktów. UOP korzystał z agentów ulokowanych w otoczeniu kierownictw inwigilowanych ugrupowań. Niektórzy agenci działali od czasów PRL. Nierzadko w III RP mieli inwigilować tych samych polityków, na których donosili w latach 80. Gdy inspirowana przez Belweder grupa Lesiaka rozpowszechniała plotki na ten temat homoseksualizmu Kaczyńskiego, Wałęsa zapraszał do Belwederu „Lecha z żoną i Jarka z mężem”. UOP wszczął też postępowanie przeciwko sekretarce Jarosława Kaczyńskiego, którą podejrzewać miano o nadużycia finansowe. Według Kaczyńskiego, prowadzenie śledztwa w sprawie sekretarki umożliwiało zainstalowanie legalnego podsłuchu w siedzibie PC. Akta inwigilacji prawicy dowodzą także, że artykuły w prasie dotyczące Kaczyńskich były inspirowane przez służby. Znaleziono nawet gotowe szkice artykułów. Grupa Lesiaka miała swoich ludzi w „Kurierze Polskim”, „Rzeczpospolitej”, „Życiu Warszawy”, „Polityce”, „Wprost” i telewizji. W marcu 1993 r. Jarosław Kaczyński ujawnił tajną instrukcję UOP nr 0015/92 wydaną w październiku 1992 r., przewidującą inwigilację członków partii politycznych i pozyskanie płatnych informatorów. Ujawnienie tajnej instrukcji spowodowało wytoczenie Kaczyńskiemu sprawy prokuratorskiej. Była to jedna z trzech spraw karnych prowadzonych przez prokuraturę wobec Kaczyńskiego. Podejrzewała go ona także o pomówienie Wachowskiego oraz nieprawidłowości w Fundacji Prasowej „Solidarności”. Wszystkie sprawy skończyły się na niczym."  (Cały artykułhttp://www.gazetapolska.pl/?module=content&article_id=922)

 

 

15:01, deco101
Link Dodaj komentarz »
sobota, 04 listopada 2006
Szafa Lesiaka cz.2

płk. Jan Lesiak

Oto dalsza część mojej analizy i przedstawienia dokumentów z tzw. „Szafy Lesiaka":

6. Wytyczne zespołu Lesiaka nt. inwigilacji J.Kaczyńskiego.

1. Przyczyny konfliktu pomiędzy L.W. i J.K.

2. Działalność polityczna J.K. do 1981 r. - w jakich ugrupowaniach i strukturach.

3. Działalność J.K. w okresie "S", dokonana polaryzacja przekonań politycznych.

4.Dlaczego nie był internowany?

- był małoznaczącym działaczem,

- podpisał deklarację lojalności,

- inne.

5. Działalność w okresie stanu wojennego, dokonania, najbliżsi współpracownicy, przyjaciele.

6. Życie intymne, czy jest homoseksualistą, jeżeli tak, to z kim jest w parze, czy jest to związek trwały.

7. Dane kobiety, przez którą J.K. zrezygnował z małżeństwa, co teraz ona robi, czy jest zamężna, czy utrzymuje z nią sporadyczne kontakty, czy jest prawdą, że łączyło ich uczucie, czy tylko uzasadnienie dla inności seksualnej.

8. Grupa Polityczna "Wola", kto był motorem tej grupy, kto narzucił styl, że na działalności politycznej można dobrze zarobić?

9. Czy prawdą jest, że PC na Woli od 1989 r. budowało strukturę mafijną. (Opłaty na PC za pozytywne decyzje administracyjne).

10. Związki PC z FOZZ-em, Łódzki Bank Rozwoju, IWANOWSKI-PINEIRO, KLEMBA (artykuły z NIE).

11. Inwestycje PC za pośrednictwem "Telegrafu". Zbieranie pieniędzy i na co zostały wydatkowane.

12. Czy J.K. jest bogaty, czy to widać, gdzie zainwestował pieniądze, czy ma na kontach, jakich, który bank, czy są ulokowane w bankach zagranicznych, jakich.

13. Czy zakup zakładów przetwórstwa spożywczego w Zagłobie (woj. lubelskie) dokonany został z wykorzystaniem wpływów. Czy zaniżono jego cenę, na czym polegało naruszenie przepisów.

14. Czy w kierownictwie PC były rozważane koncepcje w jaki sposób opanować newralgiczne punkty gospodarki w nowych warunkach ustrojowych, czy były próby realizacji tych koncepcji.

15. Aktualny program polityczny PC, czy otwarta walka z Prezydentem jest wyrachowanym elementem programu i przygotowaniem do wyborów, czy dziką złością za rezygnację ze współpracy.

16. Aktualnie najbliżsi współpracownicy i przyjaciele, osoby zaufane.

17. Czy są znane fakty z życia J.K., które go kompromitują w sensie politycznym, czy popełnił przestępstwo (finansowe), za które mógłby odpowiadać procesowo.

18. Firmy (fragment utajniony przez ABW - PAP) - ich związki z PC.

19. Czy pracownicy A. Glapińskiego uzależniły wydanie koncesji na import paliw od wpłat na PC, które firmy zapłaciły?

20. Czy A. Glapiński uzależniał wejście kapitału zagranicznego do Polski od wpłat na PC.

21. Którzy z polskich biznesmenów łożyli na Fundację Prasową "Solidarności", jakie kwoty."

A więc jak widać, mamy tutaj do czynienia z próbą skompromitowania Jarosława Kaczyńskiego, za pomocą fałszywych dokumentów, przez „zespół Lesiaka".  Próbowano ośmieszyć obecnego premiera w bardzo różny sposób za pomocą najbardziej nikczemnych metod: stworzyć wrażenie, że zmieniał poglądy polityczne,  „był mało znaczącym działaczem",  podpisał deklarację lojalności"  (co się w pewnym sensie udało, słynna już  „lojalka Jarosława Kaczyńskiego"  etc.), był homoseksualistą (oczywiście jeżeli znalazłyby się na to jakieś nawet mało wiarygodne dowody, przesłanki ku temu etc.), jego partia  „budowała strukturę mafijną"  i była zamieszana w aferę FOZZ (także w pewnym sensie udało się to poprzez artykuły z  „NIE") etc. etc. W tym momencie wypada znowu zacytować Ziemkiewicza:  „Taka była ta III Rzeczpospolita, której wciąż tak wielu uporczywie chce bronić i jeszcze każe mi z niej być dumnym". No właśnie.

7. Sylwetka J. Kaczyńskiego w ocenie zespołu Lesiaka.

Jarosław Kaczyński, (lat 44), przewodniczący Porozumienia Centrum, dr prawa. Polityk dynamiczny i zdecydowany, twardy fighter, umie grać stanowczo "va banque" w sytuacjach konfliktowych oraz wychodzić z niekonwencjonalnymi inicjatywami politycznymi. Odegrał wielką rolę w stworzeniu sojuszu "Solidarności" z SD i ZSL, który doprowadził do odsunięcia PZPR od władzy w 1989 r. i powstania rządu T.Mazowieckiego, później był głównym animatorem kampanii przeciw rządowi T.Mazowieckiego, i na rzecz prezydentury L.Wałęsy. Pod koniec 1992 r. odegrał największą rolę w utworzeniu centroprawicowej koalicji w parlamencie, która doprowadziła J.Olszewskiego do premierostwa wbrew woli Wałęsy. Przy okazji jednak fatalnie skonfliktował się z Wałęsą. Nawet niechętny Kaczyńskiemu postkomunistyczny tygodnik "Wprost" z 24 stycznia 1993 r. przyznawał: "Przez trzy lata tworzył koalicje, rozbijał koalicje, był podporą Wałęsy, a później jego wrogiem, kreował na premiera Mazowieckiego, atakował premiera Mazowieckiego (...) Chciał na zawsze pozostać +wielkim rozgrywającym+". W latach 1989-1991 w wielu sprawach okazał się politykiem bardzo skutecznym. Umie skupiać się na rzeczach konkretnych, nie bawić w szlachetne ogólniki, co go dodatnio wyróżnia na tle większości polskich polityków. Przeprowadzony z nim parę lat temu wywiad- rzeka pt. "Odwrotna strona medalu" należał do najciekawszych książek z politycznej literatury faktu, dzięki konkretności opisów wydarzeń na scenie politycznej i braku przegadania.

Do słabych punktów Kaczyńskiego należy jego chłód w kontaktach osobistych, brak bezpośredniości, źle odbierane w społeczeństwie takim jak polskie. Do tego dochodzi skrajny brak troski o image polityczny w mass mediach. Kosztowało to Kaczyńskiego tym więcej, że mass media zdominowane przez dziennikarzy postkomunistycznych lub związanych z Unią Demokratyczną robiły co mogły dla przyczernienia jego obrazu. Stąd powtarzające się informacje o plasowaniu się Kaczyńskiego na najniższych miejscach w sondażach popularności. Do niepopularności Kaczyńskiego przyczyniał się fakt, że ten nie ukrywał na zewnątrz swych dużych ambicji politycznych, a w Polsce przywykło się raczej starannie te ambicje maskować, tak jak T.Mazowiecki, lub w najlepszym razie akcentować "Nie chcę, ale muszę" (L.Wałęsa). Źle przyjmowano w społeczeństwie u Kaczyńskiego jakby pewien przerost gry politycznej nad pryncypiami - w społeczeństwie polskim zwykło się najwyżej cenić polityków eksponujących przede wszystkim swą wiarę w pryncypia. Bardzo wiele osób z obozu politycznego Kaczyńskiego źle przyjęło jego zabiegi w pierwszych miesiącach 1992 r. o porozumienie koalicyjne z Unią Demokratyczną, z którą tak wiele różniło Porozumienie Centrum w sprawie pryncypiów - widziano tu znów wyraźnie triumf gry politycznej nad pryncypiami.

Na sytuacji partii Kaczyńskiego negatywnie odbiła się jego skłonność do jednoosobowych rządów w Porozumieniu Centrum, czym sprowokował w niej późniejsze frondy. W ciągu 1992 r. szczególnie ostro zwalczany przez prezydenta Wałęsę i Unię Demokratyczną Kaczyński przechodził bardzo ciężki okres, jego klub poselski (PC) zmniejszył się w ciągu 1992 r. z 42 do 26 posłów. W trudnej sytuacji Kaczyński dowiódł, że nie można odpisywać go na straty, a nawet rozpoczął kontrofensywę polityczną/wielki sukces manifestacji antybelwederskiej z 29 stycznia 1993 r., której Kaczyński był głównym animatorem, sukcesy wystąpień Kaczyńskiego na wiecach w terenie, ogromny sukces antybelwederskiego bestsellera politycznego "Lewy Czerwcowy" etc. Istnieją obawy, że Kaczyński zaczyna więcej dbać o przełamanie swego głównego słabego punktu - braku troski o odpowiedni image w mass mediach i społeczeństwie.

Sprawy osobiste. J.Kaczyński jako 12-letni chłopak wraz z bratem bliźniakiem grał główną rolę w filmie dla dzieci "O dwóch takich, co ukradli księżyc". Jest starym kawalerem. Mieszka z rodzicami w 3-pokojowym mieszkaniu na I piętrze 3-kondygnacyjnego domu. Matka J.Kaczyńskiego tak wyjaśniła, dlaczego się nie ożenił: "Myślę, że już spotkał kobietę swego życia. Miało to miejsce w latach siedemdziesiątych. Był mocno zaangażowany. Ona twierdziła, że rzucił ją dla KOR-u (Komitetu Obrony Robotników). Wyszła już za mąż. Na ten temat nie rozmawiamy. Jest między nami taka umowa".

J.Kaczyński nie ma samochodu, nie ma też prawa jazdy. Nie przywiązuje wagi do ubioru. Zdaniem matki Kaczyńskiego: "Kupowanie z nim ubrań to prawdziwa udręka. Sam sobie niczego nie kupi". Nie uprawia żadnego sportu, choć się sportem interesuje. Z alkoholów lubi wina i piwo. Kiedyś palił lecz rzucił palenie. Niesłychanie lubi spacery. Bardzo lubi zwierzęta, a przede wszystkim 6,5- letniego kota, zwanego Busiem. Najlepiej odpoczywa, gdy czyta lub słucha muzyki. Z książek czyta głównie książki socjologiczne, psychologiczne, historyczne i religioznawcze, bardzo mało beletrystyki. Do jego ulubionych powieści należą: "Czarodziejska góra" T.Manna i "Rozmowa w katedrze" Loosy. Umie wiele rzeczy sam gotować. Ulubione dania: befsztyki z polędwicy i wątróbka z drobiu. W czasach gdy był "na pensji" przeznaczał 1/3 zarobków na schroniska dla zwierząt."

Ten dokument jest kolejnym, który w doskonały sposób obrazuje jak w III RP  „walczono z opozycją". Najbardziej (przynajmniej mnie) bulwersuje w tym dokumencie jednak nie sam fakt inwigilowania Jarosława Kaczyńskiego, tylko to, że „zespół Lesiaka"  opisuje tu w sposób znamienny i symptomatyczny sprawy, które dla niektórych mogłyby być dziś nie do końca jasne i oczywiste. Otóż „obala"  tu dwie teorie tudzież koncepcje (i to oficer SB Jan Lesiak i jego ludzie!!!): koncepcję, że tygodnik „Wprost"  (którego redaktorem naczelnym jeszcze do niedawna był dawny sekretarz KC PZPR, TW „Rycerz", należący do czołówki najbogatszych Polaków Marek Król, którego oskarża o to nawet sam Jerzy Urban) jest/był gazetą prawicową („Nawet niechętny Kaczyńskiemu postkomunistyczny tygodnik "Wprost" z 24 stycznia 1993 r. przyznawał") i teorię, że dziennikarze w latach 90. byli neutralni i obiektywni (także ci dziennikarze, którzy do dziś według niektórych za takowych uchodzą):  „Do tego dochodzi skrajny brak troski o image polityczny w mass mediach. Kosztowało to Kaczyńskiego tym więcej, że mass media zdominowane przez dziennikarzy postkomunistycznych lub związanych z Unią Demokratyczną robiły co mogły dla przyczernienia jego obrazu. Stąd powtarzające się informacje o plasowaniu się Kaczyńskiego na najniższych miejscach w sondażach popularności". Czy trzeba do tego coś dodawać? Może jedynie to, że „urojenia" i  „omamy"  nie są już tylko domeną moją i innych „oszołomów", ale także (nawet)  „zespołu Lesiaka",  który nie miał zamiaru ukrywać powyższych faktów. Bardzo ciekawy jest też fakt, że media (abstrahując już od tego, iż bez porównania bardziej zainteresowały się  „aferą kurwikową"), w ogóle na te dwie sprawy nie zwróciły uwagi, „majacząc" coś jedynie o kocie Jarosława Kaczyńskiego zwanego Busiem i  „twardym fighterze" a na antenie TVN24 widziałem prawicowego (sic!) dziennikarza „Wprost", mówiącego że w tych dokumentach nie ma niczego nadzwyczajnego. No comment...

8. Protokół przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego w śledztwie dot. płk. Jana Lesiaka.

(...)

W 1991 r., w styczniu, choć może trochę później, Andrzej Milczanowski jako Szef UOP pokazał mi jako Szefowi Kancelarii Prezydenta pokazał mi dwa zespoły dokumentów. Była to teczka dot. agenta o pseudonimie Bolek, chodziło o Lecha Wałęsę, był to właściwie jeden dokument. Dokument ten zawierał opis wydarzeń jakie miały miejsce w stoczni gdańskiej już po głównej fali strajków albo przy końcu grudnia 1970 albo w styczniu 1971 r. Był to opis dość precyzyjny, wielostronicowy, z wymienianiem nazwisk.
Chodzi o jakieś zamieszanie w stoczni, kilkuset osobowe wiece. Na moje stwierdzenie że tego Wałęsa nie mógł napisać, bo by nie potrafił, jako że tekst był dość spójny, w miarę gramatyczny, a w każdym razie zrozumiały Milczanowski odpowiedział mi: Co ty nie wiesz jak to było - on najpierw opowiedział to temu ubekowi a później tamten mu to podyktował. I dlatego ten tekst jest taki. Stwierdził też Milczanowski, że przeprowadzono badanie grafologiczne tekstu i stwierdzono, że jest to tekst pisany ręką Lecha Wałęsy, przy czym możliwość sfałszowania tak długiego tekstu jest minimalna ale jednak jest. Sam Milczanowski nie wyrażał najmniejszej wątpliwości co do autentyczności.

Kontekstem do okazania tego dokumentu była rozmowa o sprawie Tymińskiego. Milczanowski, podobnie jak i ja, był przekonany, że Tymiński został "zrobiony" przez służby. Twierdził nawet, że wie którego oficera służb wojskowych trzeba by przycisnąć żeby się dowiedzieć jak to dokładnie było. Pytał mnie, czy w moim przekonaniu warto to zrobić, co wymagałoby działań poza prawnych. Ja odpowiedziałem, że tak, bo sprawa jest bardzo ważna. Poza tym Milczanowski pokazał mi listę współpracowników, którzy byli kandydatami do parlamentu czyli tzw. listę Milczanowskiego. Na liście tej było szereg nazwisk które mnie nie zaskoczyły. Nie było jednak nazwiska co do których sądziłem już od dawna, że są współpracownikami służb. I do dziś dnia jestem o tym przekonany.

Spotkanie odbyło się w gabinecie Andrzeja Milczanowskiego. Nie przypominam sobie, czy dokumenty te były w oryginałach, czy w postaci kopii. Milczanowski wyciągał je z szafy. Nie potrafię sobie do końca wyjaśnić dlaczego doszło do spotkania i dlaczego Milczanowski okazywał mi te dokumenty. Wkrótce po nominacji Milczanowskiego na stanowisko szefa UOP zabiegał on o spotkanie ze mną.

Początkowo spotkaliśmy się w nowej restauracji sejmowej na obiedzie i tam zaczęliśmy rozmawiać o sprawie Tymińskiego. Potem rozmowa przeniosła się do gabinetu Milczanowskiego na Rakowieckiej. Okazanie tych dokumentów odbyło się właśnie na kanwie zjawiska Tymińskiego i podejrzenia, że jest on stworzony przez służby. Wydaje mi się, że Milczanowski chciał także poprzez moją osobę dotrzeć bliżej do Wałęsy. W tej samej bądź innej rozmowie zwróciłem się do Milczanowskiego z koleżeńską prośba aby cokolwiek zrobić w celu wyjaśnienia powiązań Mieczysława Wachowskiego. Milczanowski sam zaproponował, że powoła taką małą grupę. Milczanowski mówił mi potem, że zwrócił się z tą sprawą do grupy oficerów. Po jakimś czasie przed gabinetem Prezydenta zaczepił mnie Wachowski i powiedział bym dał sobie spokój z tymi grupami."

W związku z tym, iż wszelako można interpretować tę część przesłuchania Jarosława Kaczyńskiego, odmówię sobie przyjemności skomentowania tego materiału. Nie ulega chyba jednak wątpliwości, że jest to bardzo ciekawe. Ocenę pozostawiam Wam.

 

 

 

20:31, deco101
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 października 2006
Szafa Lesiaka cz.1

płk. Jan Lesiak

Pewnie jestem trochę opóźniony tudzież zacofany (taka to rola „oszołomów”), ale związku z tym, że nie miałem jeszcze okazji napisać o słynnej już „Szafie płk.Lesiaka” (uważaną przez „antysemitów", ksenofobów", zacofańców"  et consortes za największą aferę III RP), zrobię to wraz z typ wpisem. Wydaje mi się bowiem, iż jest o czym pisać, gdyż jak napisał Rafał Ziemkiewicz: „W każdym innym kraju  [ta rzecz - przyp. red.] byłaby skandalem przyćmiewającym wszystko inne". Tymczasem wszystko, co związane z „Szafą Lesiaka"  jakby nagle ucichło i od kilku dni nie możemy przeczytać ani usłyszeć w tej sprawie niczego nowego. Na pierwszy plan wywindowała się sprawa możliwej ekstradycji Edwarda Mazura i mówiąc trywialnie, kretyński, zawierający mnóstwo nieprawdziwych insynuacji, raport Platformy Obywatelskiej (w którym to o „niezależność mediów publicznych i ich dziennikarzy"  upominała się m.in. posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska, która to, jak czytamy w „Wikipedii", w PRL związana była z „Głosem Robotniczym"  oraz organem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Łodzi. I ta kobieta „poucza"  tak rzetelnych dziennikarzy jak Jacek Karnowski i tak wybitnych socjologów jak Tomasz Żukowski... Wywołało to zresztą najwyższe zdumienie i konsternację nie tylko wśród „oszołomów", ale także nolens volens wśród tzw.  „creme de la creme"  (do tego stopnia, że dziennikarka „GW"  Dominika Wielowieyska nazwała na łamach swego bloga tenże raport „żałosnym"). Nie o tym jednak chciałem napisać. Przyjrzyjmy się więc dokładnie najważniejszym dokumentom z „Szafy Lesiaka":

1. Informacja" z szafy Lesiaka o Kaczyńskim, Wachowskim i Wałęsie.

Ze źródeł zbliżonych do J.KACZYŃSKIEGO uzyskano informację, że celowo wywołał on sprawę M.WACHOWSKIEGO. Chce, aby jej finał rozegrał się przed sądem. Na rozprawie, a może już przed nią ma dodatkowo oskarżyć WACHOWSKIEGO o powiązania agenturalne z SB. Chce poprzez sąd wymusić z MSW opinie potwierdzając lub zaprzeczając temu.

Ma to stworzyć precedens prawny dla ujawnienia zasobów archiwalnych MSW przed generalnym atakiem na Kancelarię Prezydenta RP i jego samego, też w tym kontekście.

Dodatkowo należy spodziewać się ataku na Prezydenta w aspekcie nie rozliczenia pieniędzy NSZZ "SOLIDARNOŚĆ" z okresu przewodnictwa przez L. WAŁĘSĘ związkowi.

Z innego źródła wiadomo, że w środowiskach opiniotwórczych powielana jest plotka o tym, że Lech WAŁĘSA (do końca strony utajnione przez ABW - PAP)"

W tym dokumencie z „szafy Lesiaka"  należy przede wszystkim zwrócić uwagę na to, iż Jarosław Kaczyński rok po tzw. „Nocnej Zmianie", dalej oskarżał giermka półanalfabety Wałęsy, karierowicza Mieczysława Wachowskiego, o „powiązania agenturalne z SB"  (Wachowski nie znalazł się na tzw. „liście Macierewicza"  z jednego prostego powodu, jako rzecze znany „oszołom"  Janusz Korwin-Mikke: „bo oficer SB nie może być agentem SB"). Dalej czytamy, że w najbliższym czasie ma zostać także „w tym kontekście"  zaatakowany Prezydent i jego kancelaria (Korwin-Mikke: „Jak w 1992 roku zrobiłem uchwałę lustracyjną, to okazało się, że w kancelarii Wałęsy wszyscy byli na liście Macierewicza"). Komentarz do tego wydaje się więc być zbędny. Możemy się także dowiedzieć, iż Wałęsa był oskarżany o „nie rozliczenia pieniędzy NSZZ "SOLIDARNOŚĆ", kiedy to był on przewodniczącym związku. Na końcu dowiadujemy się, iż „w środowiskach opiniotwórczych powielana jest plotka". Czego dotyczy (czy chodziło o TW „Bolka", którego teczkę, jak podawały niegdyś „OBOP" i „CBOS", według 75% Polaków «czyt. „oszołomów"», spalił zastępca szefa w Urzędzie Ochrony Państwa, Andrzej Milczanowski?), tego się z tych dokumentów nie dowiemy.

2. W kolejnych dokumentach tudzież informacjach"  czytamy głównie (choć nie tylko) o ugrupowaniach lewicowych, którym to Lesiak i jego ludzie"  również zamierzali się bliżej przyjrzeć. Jasno wynika z nich, iż Lesiak i Milczanowski o tym wszystkim wiedzieli.

3. Dokument z szafy Lesiaka o tym, jak PC rozumie dekomunizację".

"Porozumienie Centrum" wyróżnia się spośród innych dużych ugrupowań o solidarnościowym rodowodzie radykalną linią polityczną wyrażającą się nade wszystko, ujętą w uchwale nr 5 Kongresu Założycielskiego PC (marzec 1991 r.), ideą rozrachunku z przeszłością, tzw. ideą dekomunizacji.

W swoich propagandowych wystąpieniach liderzy PC podkreślają, że system komunistyczny ukształtował i pozostawił w spadku grupy interesów szybko adaptujące się do nowych warunków wpływając na hamowanie reform ustrojowych, tworząc w nich nowe podstawy siły gospodarczej i politycznej. Przewodniczący Porozumienia Jarosław KACZYŃSKI w trakcie swych licznych podróży po kraju zwykł szkicować obraz obecnego państwa jako bezwładnego aparatu administracyjnego, zarządzanego w głównej mierze przez skorumpowanych, związanych z dawnymi PZPR-owskimi układami, urzędników. W czasie wizyty w grudniu 1992 r. w Warszawie KACZYŃSKI utrzymywał nawet, że nad Polską wisi groźba powrotu komunistów do władzy.

W przeświadczeniu działaczy PC hasło dekomunizacji stanowi polityczną przeciwwagę dla tzw. "koncepcji grubej kreski" wylansowanej w 1991 r. przez lidera Unii Demokratycznej Tadeusza MAZOWIECKIEGO. Warto zaznaczyć, że wrogość PC wobec UD utrzymuje się nadal, czego świadectwem jest niedawna wypowiedź v-ce przewodniczącego PC L.DORNA dotycząca gabinetu H.SUCHOCKIEJ określająca go jako rząd "cichej, ale realnej ugody z układem postkomunistycznym".

Należy podkreślić, iż samo hasło dekomunizacji, pomimo powołania już w 1991 r. komisji do opracowania konkretyzującej je ustawy, pozostaje w dalszym ciągu hasłem abstrakcyjnym. W łonie PC istnieją poważne rozbieżności, co do ewentualnej jego wykładni. Nie wiadomo kogo i w jaki sposób ewentualna dekomunizacja miałaby obejmować.

Wydaje się, że nieokreśloność pojęcia dekomunizacji jest na rękę tym, którzy kształtują politykę PC. "Dekomunizować" można bowiem wszystkich i wszystko, co staje na przeszkodzie liderom partii w dążeniu do władzy i wiążących się z nią przywilejów.

Potwierdzeniem faktów instrumentalnego traktowania głoszonych haseł przez czołowych działaczy PC są ich dotychczasowe poczynania w dziedzinie polityki i gospodarki.

(...)

Przytoczone przez nas przykłady funkcjonowania przedstawicieli PC w obszarze polityki i gospodarki wskazują na to, że:

1. populistyczne hasło dekomunizacji wyznacza jedynie pragmatyczną drogą do objęcia władzy;

2. elita PC jako grupa ludzi cynicznych i skorumpowanych zagraża stabilizacji w kraju, a jako ewentualna siła rządząca w Polsce doprowadziłaby do dalszego rozkładu i tak słabych w dobie transformacji ustrojowej struktur państwa.

Z tego dokumentu dowiadujemy się tego, że w Polsce będącej fenomenem wśród krajów postkomunistycznych poprzez brak dekomunizacji, partia która głosi owe hasła posiada „radykalną linię polityczną", ma charakter „propagandowy"  a same hasła dekomunizacji są „populistyczne". Nie czuję się w obowiązku tego komentować.

4. Informacja UOP o „Samoobronie”  z 1993 r.

(...)

W N I O S K I

W zaistniałej sytuacji zachodzi pilna konieczność podjęcia konsekwentnych i zdecydowanych działań zarówno prawnokarnych, jak i prawnoadministracyjnych. Dotyczy to obu struktur "Samoobrony", jak też jej poszczególnych członków.

Brak natychmiastowych i stanowczych kroków może spowodować „realną groźbę destabilizacji struktur Państwa, co jest szczególnie niebezpieczne w obliczu trwającej kampanii wyborczej.

Opracowano w Zarządzie Kontrwywiadu i Zarządzie Śledczym UOP

Otrzymują:

Egz. nr 1 - Lech Wałęsa (prezydent RP - PAP)
Egz. nr 2 - Hanna Suchocka (premier RP - PAP)
Egz. nr 3 - Jan Rokita (szef Urzędu Rady Ministrów - PAP)
Egz. nr 4 - Jan Piątkowski (minister sprawiedliwości, prokurator generalny - PAP)
Egz. nr 5 - Andrzej Milczanowski (minister spraw wewnętrznych - PAP)"

Z tej „informacji"  z szafy Lesiaka można wywnioskować, iż legalnie założona partia polityczna (opozycyjna) miała być poddawana „konsekwentnym i zdecydowanym działaniom prawokarnym i prawoadministracyjnym"  a także potrzebne były „natychmiastowe i stanowcze kroki",  które miała wobec tej partii podjąć EKIPA RZĄDZĄCA (czyt. Urząd Ochrony Państwa za „wstawiennictwem"  Wałęsy, Suchockiej et consortes). Bardzo ciekawe co działoby się obecnie, gdyby rządzący stosowali takie „praktyki"  w stosunku do opozycji. Czy niektóre media uważałyby wtedy, iż „afera kurwikowa"  jest ważniejsza?

5. Dokument z szafy Lesiaka o nazwie: „Ocena działalności niektórych ugrupowań politycznych”.

Działalność polityczno-społeczna niektórych polityków wykracza poza ogólnie przyjęte reguły walki politycznej. Dotyczy to Jarosława KACZYŃSKIEGO i Adama GLAPIŃSKIEGO z Porozumienia Centrum; Jana OLSZEWSKIEGO i Romualda SZEREMIETIEWA z Ruchu dla Rzeczypospolitej; Jana PARYSA z Ruchu III Rzeczypospolitej i Antoniego MACIEREWICZA z Ruchu Chrześcijańsko Narodowego - Akcja Polska oraz kierownictwa KPN. Politycy ci, nie potrafią, lub nie chcą zachowywać się jak konstruktywna opozycja, a swoimi działaniami celowo dążą do rozbicia konstytucyjnych struktur państwa (od słowa "celowo" podkreślone długopisem i oznaczone wykrzyknikiem - PAP), aby w powstałym chaosie przejąć władzę, wyeliminować znaczących polityków innych partii i w konsekwencji ustanowić dyktaturę.

Wymienieni politycy lansują obecnie populistyczny pogląd, że przyczyną trudnych warunków życia części społeczeństwa jest to, że u władzy są ludzie związani z systemem komunistycznym. 0 sympatie prokomunistyczne posądzane są osoby, które najwięcej przyczyniły się do obalenia tamtego systemu i najwięcej ucierpiały wskutek represji np. J. KUROŃ, A. MICHNIK, L. WAŁĘSA, wyjątek stanowi tu L. MOCZULSKI, który był represjonowany z całą ostrością.

Szczególną wagę politycy z PC i RdR przywiązują do systemu finansowo-bankowego państwa, w którym ich zdaniem panują stare układy, co uniemożliwia jego reformę. Wedle R. SZEREMIETIEWA (patrz inf. "M.") J. OLSZEWSKI już po miesiącu sprawowania funkcji premiera miał świadomość, że jego gabinet upadnie ze względu na opór kół finansowych. (podkreślone długopisem - PAP).

W przypadku osiągnięcia sukcesu politycznego przez radykalną opozycję, uruchomiony zostanie mechanizm oczyszczania do samego dołu. W powstałym zamęcie politycznym, łatwo będzie kierować społeczeństwem, rzucając coraz to nowe osoby "na pożarcie". Cechą wspólną opozycyjnych polityków są przerośnięte ambicje, eliminujące samokrytycyzm (od słowa "cechą" podkreślone długopisem - PAP). Cecha ta w przypadku ich politycznego zwycięstwa musi doprowadzić do waśni wewnętrznych. Trudność w ocenie i zrozumieniu sytuacji wynika także stąd, że L. WAŁĘSA wykorzystał niektóre z tych osób we własnej rozgrywce politycznej (głównie z Unią Demokratyczną), a następnie zrezygnował ze współpracy z nimi. Zaowocowało to radykalnym wystąpieniem wyżej wymienionych przeciwko Prezydentowi, m.in. pod hasłem sprzeniewierzenia się przez niego programowi wyborczemu. W trakcie prowadzonej nagonki adwersaże L. WAŁĘSY posługują się materiałami b. SB o krypt. "Bolek".

Największe zagrożenie (słowa podkreślone długopisem -PAP) dla struktur państwa ma działalność osób związanych z J. KACZYŃSKIM i A. GLAPIŃSKIM (nazwiska podkreślone długopisem - PAP). Charakteryzuje się ona dużą skutecznością i bezwzględnością, budową struktur mafijnych, metodycznym i konsekwentnym osiąganiem zakładanych celów.
(...)

(Fragment utajniony przez ABW - PAP)

(...)

Ograniczone rozpracowanie operacyjne powinno polegać na:

- ujawnieniu i wykorzystaniu osobowych źródeł informacji b. SB, w celu infiltracji radykalnych ugrupowań;

- aktywnym wyjaśnianiu i dokumentowaniu posiadanych już konkretnych danych;

- wykorzystywaniu posiadanych informacji oraz inspiracji do publikowania artykułów prasowych;

- aktywnym prowadzeniu rozmów z niektórymi osobami, w celu kamuflowania rzeczywistych źródeł informacji.

Poszczególne kierunki działań, już na szczeblu roboczym, będą szczegółowo uzgadniane.

Oprac. w Zespole Inspekcyjno-Operacyjnym."

Z tego dokumentu dowiadujemy się, iż działania Kaczyńskiego, Parysa, Glapińskiego et consortes dążą do tego, ażeby w Polsce „w konsekwencji ustanowić dyktaturę". Ciekawe doprawdy. Jest tam także napisane, że według tych polityków „przyczyną trudnych warunków życia części społeczeństwa jest to, że u władzy są ludzie związani z systemem komunistycznym"  a to jest „lansowanie poglądu populistycznego".  Według „zespołu Lesiaka"  największymi wrogami systemu komunistycznego byli z kolei Leszek Moczulski (agent SB), Adam Michnik (który po roku 1989 robił wszystko, żeby nie dopuścić do lustracji i dekomunizacji, a dziś jego najlepszymi „kumplami"  są Kiszczak i Jaruzelski) a także według wielu „oszołomów"  (typu Gwiazda, Wyszkowski, Ziemkiewicz, Łysiak et consortes) TW  „Bolek", Lech Wałęsa (choć gwoli ścisłości dodam, iż to co robił przed rokiem 1989 poza tym haniebnym incydentem osobiście szanuję). Czytamy w tym dokumencie również, iż „osoby związane z Kaczyńskim i Glapińskim charakteryzują się budową struktur mafijnych".  Na koniec widzimy wyraźną chęć tudzież polecenie rozpracowań operacyjnych majacych na celu skompromitowanie (infiltrację") „radykalnych ugrupowań", za pomocą nieprawdziwych informacji czy tzw. „haków"  (poprzez artykuły prasowe etc.). I to wszystko działo się w już „wolnej Polsce"...

 

 

 

17:56, deco101
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2